Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lipca 2010

Armageddon was yesterday – today we have a serious problem

Miałam parę kilo czasu, więc zabrałam się za książki Stiega Larssona.
Leżały dotąd odłogiem nie tylko dlatego, że nie miałam czasu na czytanie – chciałam raczej, żeby wyblakły mi w pamięci filmy nakręcone na ich podstawie.
Po przeczytaniu całego cyklu „Millenium” wspomnienia filmowe ożyły o tyle, że zaczęłam się zastanawiać, czy po ich obejrzeniu Larssona trafiłby szlag, czy by nie trafił. I nie chodzi o to, że te filmy są złe, bo nie są, ale o to, że wypaczono w nich zamysły autora. Moim zdaniem w zasadniczych kwestiach i w sposób niczym nieuzasadniony.

Jeśli jeszcze nie przeczytałaś/przeczytałeś trylogii „Millenium” – ZRÓB TO.

Czyta się szybko, mimo budzącej szacunek ;-) objętości każdego tomu. A tematyka powinna chyba zainteresować każdego, skoro mamy do czynienia jednocześnie z kryminałem, dramatem psychologicznym, thrillerem, powieścią sensacyjną, detektywistyczną… itede
Co ciekawe, są tacy, którzy twierdzą, że wszystkie opisane przez Larssona afery wydarzyły się naprawdę.


A teraz cienka szara linia, której nie należy przekraczać, jeśli nie przeczytało się trylogii „Millenium” Stiega Larssona lub nie obejrzało się wszystkich filmów nakręconych na ich podstawie.


Które zmiany, wprowadzone przez scenarzystów, najbardziej nie przypadły mi do gustu?

Primo
Nie rozumiem, dlaczego nie pokazano stylu życia Mikaela Blomkvista, a pośrednio również Eriki Berger?
Romans mężatki i rozwodnika nie wydał się filmowcom zbyt niegrzeczny [aczkolwiek z Mikaela, o ile dobrze pamiętam, zrobili kawalera], ale już pokazanie, że mąż Eriki nie ma nic przeciwko temu, a poza Eriką Mikael sypia z innymi kobietami [nie tylko z Lisbeth, nie tylko!] i jej to nie przeszkadza, to już było za wiele?

Secundo
Nie rozumiem, dlaczego zasugerowano, że Lisbeth zaczyna unikać Mikaela, gdyż obawia się miłości po tym, jak jej matka została wyjątkowo źle potraktowana przez ukochanego mężczyznę?
Ta zmiana – kiedy ją przemyślałam – zirytowała mnie szczególnie, bo wydaje mi się, że Larsson, nie pisząc tego wprost, pokazał, jak powinna się zachować osoba, która ma wobec innego człowieka oczekiwania, których on nie może spełnić.
Kiedy Lisbeth uświadamia sobie, że zakochała się w Mikaelu i czuje zazdrość, widząc go z Eriką, nie żąda od niego, żeby z Eriką zerwał, bo zna jego przeszłość i wie, że właśnie z powodu Eriki rozpadło się jego małżeństwo. Zamiast tego – rezygnuje ze związku z nim. Nie dlatego, że to było łatwe, ale dlatego, że chciała więcej niż on mógł jej dać.

Tertio
Nie pojmuję, dlaczego w „Zamku z piasku, który runął” zrobiono z Eriki Berger taką tchórzofretkę?
Tego Larsson filmowcom by nie wybaczył!

Bo Stieg Larsson był zdeklarowanym feministom i widać to wyraźnie w jego powieściach, za co polubiłam go jeszcze bardziej niż za to, że był numerologiczną 33 ;-)

Bardzo, bardzo spodobał mi się motyw z Tą z TV4. To ona, Ta z TV4, jako pierwsza spośród wszystkich dziennikarzy spoza „Millenium” zainteresowała się aferą Wennerströma, ale kiedy o aferze mówili już wszyscy – temat został przekazany jej kolegom, MĘŻCZYZNOM. Gdy Mikael Blomkvist to zauważył, oświadczył, że będzie rozmawiał tylko z nią. Stacja chciała kręcić z nim wywiady, więc musiała ulec.
A do ciekawostek należy dodać, że Mikael zachował się WZORCOWO pomimo tego, że Ta z TV4 jako jedna z nielicznych nie chciała iść z nim do łóżka ;-)



Kiedy tak sobie rozmyślam o feminizmie Larssona, to szlag mnie trafia na myśl o tym, co się wyrabia w moim kraju. W kraju, w którym kandydat na prezydenta – i wybrany na tegoż – emituje spot wyborczy, w którym żona podaje mu zupę, bo był grzeczny, a kiedy feministki zwracają na to uwagę, to przekracza granice żenuły w tłumaczeniach i oburzeniu. A przede wszystkim – w braku zrozumienia sedna sprawy.

Powiedzcie, bo mnie to męczy, czy naprawdę tak trudno było zrozumieć meritum?

Po protestach feministek Bronisław Komorowski, wespół z żoną, wmawiał społeczeństwu, że on też wykonuje prace domowe. Ale skoro tak, to powstaje pytanie: dlaczego to nie taką scenę pokazano w spocie wyborczym?
Czyż dokonany wybór nie świadczy najdobitniej o obowiązującej w naszym kraju „normie”? I czy utrwalanie owej chorej „normy” przez polityka pretendującego do stanowiska prezydenta nie świadczy źle o tym polityku?

Jeszcze fatalniej postąpiła Anna Komorowska, kiedy z oburzeniem stwierdziła, że – nie cytuję tylko streszczam własnymi słowami – feministki walczą przecież o to, żeby każda kobieta mogła żyć tak, jak chce, więc i ona może być „kurą domową”, skoro tego chce.
Nie wiem czy ktoś tej pani [teraz już First Lady, cholera] wyjaśnił, że faktycznie może sobie robić co chce i być kim chce, ale jeśli jest żoną polityka w kraju, w którym naprawdę wielkim problemem jest walka z wyzyskiem kobiet i brakiem równouprawnienia, to afiszowanie się właśnie w TAKIEJ sytuacji i promowanie właśnie TAKIEGO stylu życia nie świadczy dobrze ani o kompetencjach polityka ani o inteligencji jego żony.

Już Arystoteles rozumiał politykę jako rodzaj sztuki rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. A wg Wikipedii współczesna definicja polityki zakłada, że jest to:
działalność polegająca na przezwyciężaniu sprzeczności interesów i uzgadnianiu zachowań współzależnych grup społecznych i wewnątrz nich za pomocą perswazji, manipulacji, przymusu i przemocy, kontestacji, negocjacji i kompromisów, służąca kształtowaniu i ochronie ładu społecznego korzystnego dla tych grup stosownie do siły ich ekonomicznej pozycji i politycznych wpływów.

Obserwując zachowanie nowo wybranej pary prezydenckiej można dojść do wniosku, że albo feministki mają marną pozycję i zero politycznych wpływów, albo Bronisław Komorowski jest zwolennikiem polityki średniowiecznej, której zasadniczym celem było uzasadnianie uprzywilejowania jednych i braku praw innych.


ps
Uroczyście oświadczam, że tytuł tego „odcinka” nie jest aluzją do wydarzeń dnia wczorajszego [w sensie wyborów prezydenckich] – jest to text z jednej spośród koszulek Lisbeth Salander, którą to Lisbeth niniejszym zaliczam do grona moich ulubionych bohaterek literackich.
Jej twórcę, Stiega Larssona, zaliczam do grona moich ulubionych pisarzy i ulubionych ludzi. Ostatecznie: Nie śmierć rozdziela ludzi, lecz brak miłości...

środa, 19 maja 2010

sztuka... negocjacji

Sprzeczałam się z kumplem o parytety i przyznaję, że udało mu się doprowadzić mnie do wrzenia, ale nie o tym dziś napiszę ;-)
[Choć może warto nadmienić, że za przyczyną trwającej pory deszczowej porastam mchem i grzybem, więc działania kumpla, wyrywające mnie ze stuporu i oplatającej grzybni, należy zaliczyć raczej do przysług niż do przykrości.]

Diabeł tkwi w tym szczególe, że kiedy zbierałam podpisy pod projektem ustawy o wprowadzeniu parytetów płci na listach wyborczych, przygotowanym przez Kongres Kobiet Polskich, to ów kumpel się podpisał.
Co prawda powiedział: „Robię to tylko dla ciebie”, ale podpisał.
Innemu, też nie tryskającemu entuzjazmem, obiecałam, że jeśli podpisze, to nigdy więcej nie nazwę go ch...em. Podpisał natychmiast. A ja dotrzymuję słowa.

Tylko tak się teraz, nie wiedzieć czemu, zaczęłam zastanawiać, czy to było etyczne.

Przy okazji przypomniała mi się jedna akcja z „Kryminalnych zagadek Las Vegas”:
Catherine Willows potrzebowała informacji od mężczyzny odsiadującego wyrok, więc obiecała mu, że za odpowiedź na każde pytanie odepnie jeden guzik koszuli…

To było tak niebanalne przesłuchanie, że aż odszukałam odpowiedni fragment filmu, żeby to jeszcze raz zobaczyć. Włala:



Kiedy oglądałam to po raz pierwszy, strasznie rozbawiło mnie wyobrażenie sobie Sary Sidle w sytuacji, w której przestępca prosi ją o pokazanie piersi…
[Nie martwcie się, nie jest ze mną tak źle, jak się wydaje – ja naprawdę wiem, że Willows i Sidle to postaci fikcyjne ;-)]

No więc, proszę szanownego państwa, jak należałoby się w podobnej sytuacji zachować? Wystąpić z propozycją jak Catherine czy oburzyć się na samą myśl o czymś takim, jak – prawdopodobnie – zrobiłaby Sara?

Po dłuuugim [i niemrawym] namyśle, doszłam do wniosku, że w podobnej sytuacji każda kobieta powinna mieć prawo do suwerennych decyzji i jeśli sama doszłaby do wniosku, że rola mięska na wystawie u rzeźnika jej nie przeszkadza, to mnie nic do tego.

Niestety, natychmiast – jak to u mnie zwykle bywa – nie zgodziłam się sama ze sobą.
A wszystko dlatego, że wyobraziłam sobie firmę, w której kobiety są gotowe/chętne do udzielania usług seksualnych szefowi w zamian za awanse, podwyżki czy poprawę warunków pracy.
Można by powiedzieć, że skoro nikt ich nie zmusza i im samym to nie przeszkadza, to nie ma sprawy.
Niby racja.
Ale tylko do chwili, w której nie znajdzie się w tej firmie pracownica, której takie zachowanie wyda się niedopuszczalne. I nie będzie miała szans ani na awans, ani na podwyżkę, ani nawet na jako-takie warunki pracy.
A tak być nie może. Po prostu.

Jednak, mimo wszystko, nie mogę w sobie znaleźć pokładów potępienia dla Catherine Willows…
I wciąż plącze mi się po czaszce myśl, że jeśli ktoś jest prymitywny, to w kontaktach z nim można - jeśli się tylko chce - używać prymitywnych „argumentów”.

czwartek, 13 maja 2010

krwiopijcy znów obecni w moim życiu

„Odkryłam” serial o wampirach uczęszczających do amerykańskiej szkoły średniej.
Cóż za zaskakująca tematyka, nieprawdaż.
Co ciekawe, jest to serial nakręcony na podstawie serii książek – autorstwa Lisy Jane Smith – a co jeszcze ciekawsze, te książki powstały wcześniej niż seria „Zmierzch” Stephenie Meyer.

Komuś, kto nie mógł się od szajsu stworzonego przez panią Meyer oderwać nie wypada wciąż na niego psioczyć, więc – z dużym trudem – się powstrzymam.

Książkę – pierwszą część sfilmowanej (zaadaptowanej?) serii – pani Smith przekartkowałam, stwierdziłam, że jest w okolicach poziomu „Martwego aż do zmroku” oraz „Zmierzchu” i uznałam, że za nic na świecie tego nie przeczytam gdyż tegoroczny limit na babranie się w guanie już wyczerpałam. A może nawet przyszłoroczny.

Jednak serial mnie zaciekawił.

Nie dało rady inaczej, więc… przesłoniłam jedno oko przepaską, wciągnęłam czarną flagę na maszt i… hajda! ;-)
I mnie wessało! I od jakiegoś czasu chodzę niezaspokojona ;-) gdyż ostatni odcinek pierwszej serii wyemitują dopiero dziś. W Hameryce.

O czym jest ten serial poczytajcie sobie np. TAM, a ja Wam powiem o nim tylko tyle, że ma… najurodziwszą obsadę ze wszystkich seriali jakie kiedykolwiek widziałam. I chyba najbardziej internacjonalną; jedną z głównych żeńskich ról gra Kanadyjka urodzona w Bułgarii, a jedną z głównych ról męskich - syn polskich emigrantów.

Ale najładniejszy, po prostu prześliczny ;-) jest Ian Somerhalder


Wprost napatrzeć się na niego nie mogę, jest ładniejszy nawet od grającej główną rolę Niny Dobrev i…
…wcale mnie nie kręci.


Jak można patrzeć na takie ciacho i nie chcieć go polizać?
Dziwna jestem.
Doprawdy.



Aha! Tytuł serialu: „Pamiętniki wampirów” :-)

poniedziałek, 3 maja 2010

Larsson rulez

Nie wierz mi, nie ufaj mi, kiedy napiszę – a właśnie to napiszę – że warto przeczytać serię/trylogię „Millenium” Stiega Larssona i obejrzeć filmy nakręcone na jej podstawie.
Nie powinnaś/powinieneś mi ufać z dwóch powodów:
1. Przeczytałam, jak dotąd, tylko pierwszą część serii pt. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” [reszta jest w którymś punkcie czasoprzestrzeni między zamówieniem w księgarni internetowej, a moim domem]
2. Stieg Larsson był numerologiczną TrzydziestkąTrójką, więc nie jestem w stanie patrzeć na niego i jego twórczość obiektywnie

Na szczęście nie jestem jedyną osobą, która wypowiada się na temat książek Larssona, więc spokojnie możesz zaufać innym i… jednak uwierzyć, że faktycznie warto je przeczytać ;-)

Filmy na podstawie jego książek obejrzałam wszystkie trzy.
Najbardziej spodobała mi się pierwsza część. Reszta wciągnęła mnie siłą rozpędu.
Najsłabsza jest część druga, ale i tak oglądałam ją z przyjemnością, bo pokochałam obsadę i mogłabym tak sobie na nich patrzeć, jak – nie przymierzając – na rybki w akwarium ;-)

Nie wiem dlaczego pociągają mnie aktorzy, którym wiekowo bliżej do moich rodziców niż do mnie [dobrze, że w realnym życiu takich facetów nie spotykam, bo groziłaby mi gerontofilia], ale – wzdychając do brzydkiego/pięknego Michela Nyqvista – odkryłam kolejną cechę charakterystyczną dla tych, którzy wpadają mi w oko. Otóż ich twarze wyglądają inaczej kiedy są poważne, a zupełnie inaczej, kiedy ich posiadacze decydują się na uśmiech.
To chyba kolejny dowód na to, że stabilizacja, stałość, trwałość, pewność i niezmienność nie są tym, co mnie fascynuje, pociąga i budzi pożądanie ;-)

Aha! Niedawno okazało się, że widzę świat w sposób charakterystyczny dla ezoteryków i ludzi z jednostronnym zaburzeniem uwagi [ale to drugie raczej mnie nie dotyczy], co może mieć tutaj pewne znaczenie. Chodzi o to, że patrząc na parę tzw. chimerycznych twarzy [połowa chimerycznej twarzy jest wesoła, a połowa smutna] widzę duże, wręcz ogromne, różnice w wyrazie twarzy, które są jedynie swoim symetrycznym odbiciem.
[Szczegóły w czasopiśmie „Psychologia dziś” nr 2 (9)/2010, artykuł pt. „Paranienormalni”]

Podczas seansów „Millenium” ponownie ujawnił się mój [domniemany, bo jak dotąd nie… powiedzmy, nie skonsumowany] biseksualizm, o którym już prawie zapomniałam – Noomi Rapace w roli Lisbeth Salander… MNIAM!


A jeśli chodzi o standardowe pytanie czy film jest lepszy od książki, czy odwrotnie, to mogę się wypowiedzieć tylko o pierwszej części. A do powiedzenia mam tyle, że się różnią.
W filmie pominięto niektóre wątki, niektóre zmieniono, czasem miałam wrażenie, że niepotrzebnie, ale film i tak jest DOBRY, podobnie jak jego książkowy pierwowzór.

Miłego czytania i/lub oglądania.

niedziela, 21 marca 2010

wszystko zaczęło się od Adama...

Ależ się namnożyło tych urojonych aspergerowców – pełne blogi! A wszystko – jak się okazuje – przez niejakiego doktora House’a...
No to ja się wypisuję z tego stada. Nie będę więcej usprawiedliwiać swoich aspołecznych instynktów zaburzeniami genetycznymi, a – co najwyżej – psychicznymi ;-)
Jednak podeszłam do sprawy metodycznie ;-) i… obejrzałam film, którego główny bohater ma zespół Aspergera i – o dziwo – przeżywa Wielką Miłość.
Bardzo dobry film, choć ma parę słabszych momentów.
O słabszych momentach pisać nie będę, bo mi się nie chce. Bo jest wiosna. Bo wolę widzieć tylko rzeczy dobre. I nie muszę się nikomu tłumaczyć. O!
Ten film to „Adam”.
Zalinkowałam całkiem niezłą recenzję, więc się nie będę spinać na własną.

Nieustająco zadziwia mnie tylko jedno: dlaczego podczas dyskusji o tym filmie tak często pada pytanie:
– Czemu taka laska, jak Beth (grana przez prześliczną Rose Byrne), leci na taką niedoróbkę genetyczną jak Adam (w którego wcielił się Hugh Dancy)?
bo przecież odpowiedź jest banalna.
Dziewczyna, świeżo po rozstaniu z idiotą, który ją oszukiwał i zdradzał, spotyka inteligentnego i przystojnego faceta, który jest absolutnie niezdolny do kłamstwa… Strasznie dziwne, że na niego poleciała. Rzeczywiście!

Uwielbiam filmy, których bohaterowie i przeżywane przez nich rozterki „zostają ze mną” po seansie, a tak właśnie było w przypadku tego filmu.
Wciąż jeszcze zastanawiam się np. nad tym, co czuje kobieta związana z mężczyzną, który z powodu wady genetycznej nie jest zdolny do empatii. Z mężczyzną, który w większości przypadków nie jest w stanie rozpoznać jej potrzeb. Nie widzi/czuje, że powinien pocieszyć czy przytulić. Nie rozumie aluzji i nie rozpoznaje ironii. Wszystko bierze na poważnie i dosłownie…

Raz wydaje mi się, że to okropne, a już za chwilę „przypominam sobie”, że całkiem zdrowi faceci mają takie kłopoty z empatią, że być może łatwiej jest żyć kobiecie związanej z aspergerowcem – ona przynajmniej wie, że „obojętność” partnera wynika z przyczyn niezależnych od niego. Nie dręczy się obawą, że przestało mu na niej zależeć i dlatego nie zwraca na nią uwagi albo podejrzeniem, że on wszystko widzi i rozumie, ale celowo ignoruje, bo ma jej potrzeby w nosie.

Pamiętam czas, niespecjalnie „przeszły”, kiedy wydawało mi się, że związek wtedy jest udany, kiedy partnerzy spełniają nawet – a może przede wszystkim – swoje niewypowiedziane prośby. Byłam nawet przekonana, że jeśli ktoś robi coś dla drugiej osoby na jej prośbę, a nie z własnej inwencji, to to się „nie liczy” ;-)

Po „Adamie” przyszło mi do głowy, że można na to spojrzeć zupełnie inaczej. Odwrotnie. Można przyjąć, że związek jest dobry wtedy, kiedy partnerzy nie boją się powiedzieć sobie nawzajem, czego chcą. Nie boją się wyrażać swoich uczuć i mówić o swoich potrzebach, bo wiedzą, że nie zostaną ani wyśmiani, ani zlekceważeni. Są tak pewni tej drugiej osoby, że mogą odłożyć na bok wszystkie pancerze i tarcze. I nawet do głowy im nie przyjdzie, żeby podejrzewać partnera o nieczyste intencje, niechęć czy jakieś skłonności do manipulacji. A jeśli zdarzy się, że ich prośba nie zostanie spełniona albo zostaną źle zrozumiani, to nie zamartwiają się żadnymi chorymi urojeniami, tylko powtarzają komunikat i uściślają informacje, wciąż wierząc w dobre intencje drugiej strony.

Wygląda na to, że po tych latach, które minęły od czasu, kiedy po raz pierwszy cytowałam na blogu wykłady Ravi’ego Shankara, w końcu dotarło do mnie, co tak naprawdę miał na myśli.

Mówią, że lepiej późno niż wcale…

czwartek, 11 marca 2010

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni


"4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" - ten tytuł warto zapamiętać.
To tytuł filmu, który rozłożył mnie na czynniki pierwsze.
Powoli, niemal niezauważalnie, przenikał przez wszystkie moje osłony i znienacka przywalił w najsłabszy punkt. A wycelował - trzeba mu to przyznać - idealnie.

Nie wiem, czy pozbieram się po tym ta sama...

Dobrze, że nie byłam idealna, bo byłoby trochę szkoda ;-)

niedziela, 7 lutego 2010

zapiski z podróży na wahadle

Ewidentnie działam w systemie fazowym.
Po fazie, w której podobały mi się oglądane jeden po drugim filmy nadeszła taka, w której nie spodobał mi się żaden. Ani "Piękność w opałach" (Kráska v nesnázích), ani "Vicky Cristina Barcelona", ani „Wychowanie panien w Czechach” (Výchova dívek v Čechách), ani „Kelner, płacić” (Vrchní, prchni!), ani 99 franków (99 francs).
Ten ostatni najmniej... tzn. najbardziej (nie podobał mi się).

Dla kontrastu zalinkowałam najpozytywniejsze z pozytywnych recenzji wymienionych filmów, które udało mi się (naprędce) znaleźć. A wrodzone poczucie sprawiedliwości każe mi napisać, że jak nie lubię Penolope Cruz tak mi się w filmie Allena wyjątkowo podobała. Ona jedna.

Podejrzewam, że „Piękność w opałach” i „Vicky Cristina Barcelona” kiedyś mnie jeszcze zachwycą... W każdym bądź razie postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę – jak tylko wahadło moich faz bujnie się w drugą stronę ;-)


W oczekiwaniu na zmianę fazy znalazłam sobie... idola.
Jest nim pan Piotr, który zachował spokój podczas takiej oto rozmowy
[w końcu nie wiedział, że jest wkręcany, nie?]:



Kiedy powiedział: „ja naprawdę nie jestem w stanie sensownie prowadzić z panem rozmowy” miałam ochotę się do niego modlić – mnie byłby stać co najwyżej (w najkorzystniejszej dla oceny mojego charakteru wersji wydarzeń) na coś w stylu „spieprzaj dziadu”...

czwartek, 28 stycznia 2010

nestyda

Uwielbiam czeskie filmy, ale jak usłyszałam tytuł „Do Czech razy sztuka” i zobaczyłam ten plakat:
to pomyślałam, że chyba jednak nie wszystkie czeskie filmy muszę obejrzeć...

Ale obejrzałam
I mi się spodobał.

A temu, kto wymyślił, że „Bezwstydnik” u nas będzie zatytułowany „Do Czech razy sztuka”, to bym coś urwała.
Tyle, że on już chyba tego nie ma...

Wiecie co jest w tej filmowej historii najlepsze?
To, że facet po siedmiu latach odchodzi od żony i syna, co wywołuje komentarze w stylu „tak się nie robi”, po czym okazuje się, że żona wyszła na jego odejściu lepiej niż on sam.
Gdyby ten świat był solidnie zmontowany, to w prawdziwym życiu byłoby tak samo!

Zapisuję „Bezwstydnika” w szczególnym miejscu mojej pamięci, bo jest doskonałą ilustracją do teorii, której jestem fanką, a mianowicie: jeśli kogoś nie kochasz, to nie zawracaj mu głowy/serca, tylko spierdalaj - zrób miejsce dla kogoś, kto dla tej osoby będzie lepszy.




ps

A wiedzieliście, że Jiří Macháček jest wokalistą i autorem tekstów grupy MIG 21?
Bo ja nie.

niedziela, 10 stycznia 2010

o zmierzchu piszę o zmierzchu ;-)

Obejrzałam ekranizację „Zmierzchu” Stephenie Meyer i odpowiedziałam sobie na parę [parę, bo dokładnie dwa ;-)] pytań, na które wcześniej nie znalazłam odpowiedzi.

Przede wszystkim, zrozumiałam, co mnie do tej książki przyciągnęło.
Odpowiedź brzmi... uwaga... tytuł.
Serio.
Kocham zmierzch.
Moim chronotypem jest sowa, więc wieczorem czuję się wspaniale, a do tego uwielbiam zachodzące słońce, delikatną ciemność i pierwsze gwiazdy.
Podoba mi się nawet samo słowo zmierzch, które ma w sobie co najmniej połowę uroku odpowiadającego mu zjawiska...

A że w książce Meyer jest mało zmierzchu, toteż mi się nie spodobała ;-)


Drugie pytanie, na które znalazłam dokładniejszą niż poprzednio odpowiedź brzmi: z czyich pomysłów, Meyer zerżnęła najwięcej, pisząc swoją powieść?
Otóż z Melindy Metz, autorki „Roswell High”, na podstawie której powstał serial „Roswell: W kregu tajemnic”. Meyer zastąpiła kosmitów wampirami ale podobieństwa są oczywiste: rodziny adopcyjne, związek dziewczyny z nieludziem zaczynający się od tego, że nieludź ratuje jej życie, zdradzając przy tym swoją tajemnicę, z czego niezadowoleni są inni nieludzie...
itede itepe
Jak już to do mnie dotarło [przypadkiem włączyłam tivi akurat na powtórce "Roswell...", kiedy Max uzdrawiał Elizabeth], to okazało się, że na amerykańskich stronach www już dawno porównywano te dwa cykle...
Najczęściej powtarzane pytanie brzmi: "Are aliens more romantic than vampires?"
Mnie tam wszystko jedno.

Sezon na książkę pani Meyer uważam za zamknięty.
Ufff.

awers(ja) do rewersu

Po raz kolejny okazało się, że z polskim kinem „festiwalowym” jest mi nie po drodze.
Tym razem zawiodłam się na filmie „Rewers”.
Niby nie jest taki zły, ale nie jest też dobry, niestety.
Aczkolwiek w porównaniu z „Klanem” – rewelacyjny; oczywiście na tyle, na ile może to ocenić ktosia ['ktosia' to żeński odpowiednik słowa 'ktoś', jakby ktoś pytał], która „Klanu” nie ogląda, a widziała jedynie fragmenty, jak jej się telewizor źle włączył.
Dlaczego w ogóle wspominam o „Klanie”? Ano dlatego, że poczytałam sobie w necie opinie o „Rewersie” i jak tylko ktoś napisał, że mu się „Rewers” nie podobał, to natychmiast ktoś inny mu odpisywał, żeby sobie dalej „Klan” oglądał...
Niniejszym wnoszę o odsyłanie mnie do oglądania innych seriali :-)
Albo „Zmierzchu”, jeśli ktoś chce być złośliwy ;-)

Jedyne, co w „Rewersie” nie budziło moich zastrzeżeń, to gra aktorów – wszyscy są rewelacyjni, nawet chwalona przez jednych i ostro krytykowana przez innych Agata Buzek - IMHO zagrała tak, jak od niej wymagano, a że wymagano głupio, to już inna sprawa.

OD TEGO MIEJSCA ZDRADZAM SZCZEGÓŁY FABUŁY

Niestety, we mnie grana przez panią Buzek postać budziła obrzydzenie, a to ze względu na pomysł przechowywania/ukrywania złotej monety poprzez wielokrotne przesyłanie jej przez układ pokarmowy. Mojej wyobraźni nie trzeba było pokazywać szczegółów tej operacji – sama sobie te sceny dograła... bleeeh! (*)
I przykro mi bardzo, ale potem nie byłam już w stanie patrzeć na Sabinę jak na delikatną, eteryczną, romantyczną, naiwną i nieśmiałą kobietę o poetycznej duszy, która zawiodła się na swoim (pochopnie wybranym) ukochanym.

Najgorsze, że to obrzydzenie, to jedyna emocja jaką ten film we mnie wywołał – innych nie było. I to jest chyba największa wada tego filmu – nie budzi emocji. Pod tym względem jest gorszy nawet od „Zmierzchu” ;-)

Raziła mnie też pewna łopatologiczność w doborze muzyki – po cholerę Sabina słucha arii z Madame Butterfly i Łucji z Lammermooru(**)? Żeby widz od razu wiedział, że za chwilę na ekranie będzie nieszczęśliwa miłość?

A jeśli chodzi o fabułę, to do tego stopnia mnie nie wciągała, że kiedy Bronek pawie gwałcił Sabinę na stole, to ja myślałam o... podobnej scenie ze „Źródła” Ayn Rand.
Podobnej, a jednak całkiem innej.
[Swoją drogą, gdyby ktoś mi wytłumaczył, dlaczego Ayn Rand wymyśliła coś takiego, to byłabym wdzięczna – co prawda czasem zdaje mi się, że rozumiem, ale to nigdy nie trwa długo ;-)]
Scena z „Rewersu” nie budzi we mnie takich emocji ani nie rodzi pytań. No może poza jednym – po cholerę ta przebitka z szefem? Widz i tak o tym pomyślał, więc ta łopatologia tylko męczy...

Nie rozumiem też tego, dlaczego syn Bronka i Sabiny okazuje się gejem?
Jeżeli film miał być satyrą na tych, którzy swoją siłę życiową czerpią z faktu, że ich antenaci dokonali jakichś CZYNÓW, to syn Bronka powinien być macho z gębą pełną frazesów... a on nawet w Polsce nie mieszka.


Co ciekawe, ten film jest polskim kandydatem do Oscara.
A ja mam tylko jedno pytanie: co Amerykanie z niego zrozumieją, skoro nie mają pojęcia nie tylko o naszej historii, ale nawet o położeniu geograficznym?
Cała nadzieja w tym, że uznają, że skoro film jest biało-czarny, z eksperymentalnym aktorstwem i ni chuja nie rozumieją, to znaczy, że jest ambitny i należy mu się nagroda ;-)

(*)Kiedy zrozumiałam na czym polega pomysł bohaterki „Rewersu” na ukrycie monety, o którym - wedle jej słów - „tylko siły diabelskie mogłyby wiedzieć” [po czym od razu było wiadomo, że pojawi się ktoś, kto będzie wiedział], przypomniała mi się rozmowa z kumplem na temat nowoczesnych technik diagnostycznych, a konkretnie o endoskopii kapsułkowej, która polega na tym, że pacjent połyka kapsułkę zawierającą miniaturową kamerę, która przechodzi przez jego układ pokarmowy, wykonując po drodze zdjęcia, a na koniec jest wydalana.
Moje pierwsze pytanie brzmiało: Czy ta kapsułka z kamerą jest wielokrotnego użytku?
Na co kumpel odpowiedział pytaniem: A jak myślisz, ile taka kapsułka kosztuje?
Na takie dictum stwierdziłam tylko: Ciekawa jestem, co byłoby w stanie skłonić mnie do połknięcia takiej używanej kapsułki...?
A kumpel nie był w stanie zrozumieć, że nie przekonałaby mnie dezynfekcja ani nic podobnego. Wątpię nawet czy pakowanie kapsułek do jakichś wymienialnych osłon byłoby dla mnie wystarczająco przekonujące...

(**) Czyż nazwa Lammermoor nie jest fascynująca? ;-)

piątek, 1 stycznia 2010

Nowy Rok z... wampirami ;-)

Podobno na kaca najlepsza jest praca, ale jakoś nie mam ochoty testować aż tak radykalnej terapii ;-)
Pielęgnując swoje zwłoki mniej radykalnie, wysłuchałam do końca audiobooka „Zmierzch” – pierwszą część sagi Stephenie Meyer pod tym samym tytułem.
Nie wiem dlaczego, ale strasznie się ubawiłam podczas tej... powiedzmy, lektury. I nie mogę się tłumaczyć posylwestrowym osłabieniem organizmu, ponieważ słuchanie tej chały bawiło mnie już wcześniej, zanim jeszcze pracująca na pełnych obrotach wątroba wyssała mi krew z mózgu ;-)
Na pewno duża w tym zasługa czytającej książkę Anny Dereszowskiej oraz... demotywatorów, o których myślałam podczas lektury i śmiałam się dziko (najbardziej powalił mnie TEN).
Po lekturze zastanawiałam się dlaczego coś równie naiwnego, harlequinowatego, mało oryginalnego, z niekonsekwentną i przewidywalną fabułą, dostarczyło mi tyle rozrywki, ale nie byłam i nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, więc zaczęłam się zastanawiać z czyich pomysłów Meyer zerżnęła najwięcej. Gdyby przeanalizować wszystkie wątki, to pewnie pierwszym źródłem okazałaby się Anne Rice, ale ja widzę najwięcej podobieństw do „Martwego aż do zmroku” Charlaine Harris – Meyer czerpała z niej garściami, aż dziw, że uszło jej to na sucho... Ale co mnie do tego! ;-)

Skoro jednak wspomniałam o książce Harris, to trudno nie wspomnieć o serialu „True Blood” [jakoś nie leży mi tytuł „Czysta krew”, choć nie jest jakoś szczególnie drażniący – zwłaszcza na tle innych dokonań osób tłumaczących tytuły filmów], tym bardziej, że puszczają u nas właśnie drugi sezon, który podoba mi się tak samo jak pierwszy, choć jest mniej pornograficzny [coś a propos] ;-)

Nie wiem na czym polega fenomen podobnych opowieści – pewnie można doszukiwać się w nich jakiegoś drugiego dna i pretekstów do ogólniejszych rozważań, ale to bardziej dowód na potwierdzenie tezy, że mądry więcej się uczy od głupiego niż głupiec od mądrego niż dowód tego, że owo drugie dno faktycznie istnieje ;-)

A jeśli chodzi o ekranizację „Zmierzchu”, to... na pewno ją obejrzę - wbrew rozumowi, który mówi mi, że to strata czasu. Fabułę filmu już znam, więc przejrzałam też materiały promocyjne i okazało się, że jeśli chodzi o obsadę, to – jak zwykle – najbardziej (w tym zestawieniu) podoba mi się aktor grający megaszwarccharakter czyli Cam Gigandet.

ps
Toast na dziś: Oby Was/nas w 2010 roku wampiry nie pokąsały!

ps2
No chyba, że ktoś tylko o tym marzy... ;-)

sobota, 24 października 2009

Joan z Arkadii reaktywacja ;-)


AXN emituje serial „Joan z Arkadii”, a ja go oglądam z taką samą przyjemnością, jak za pierwszym razem. I nie mogę się nadziwić, że niemal w ogóle nie jest reklamowany. A przecież jest to serial genialny i powinno się go oglądać obowiązkowo ;-)
Niewtajemniczonym wyjaśniam, że jest to opowieść o amerykańskiej nastolatce, której Bóg, przybierający różne ludzkie postaci, wyznacza - w każdym odcinku inne - zadania do wykonania. Joan najpierw się buntuje, potem stara się spełnić prośby Boga, a na koniec okazuje się, że to, co zrobiła, ma takie konsekwencje – zazwyczaj pozytywne – że ho ho.
Inaczej mówiąc, każdy odcinek tego serialu jest ilustracją do mojej ukochanej teorii chaosu :-) a odcinek 11 pierwszego sezonu, który właśnie przed chwilą obejrzałam, został poświęcony nie mniej fascynującej zasadzie nieoznaczoności Heisenberga.
Jak mogłabym takiego serialu nie kochać? ;-)
Oczywiście powrót do tematyki tego serialu oznacza również powrót do starych pytań:
* czy Bóg istnieje
* czy istnienie zła ma sens, którego nie potrafimy dostrzec
* czy mamy aż tak wolną wolę, żeby to od nas zależała decyzja, czy spełnimy oczekiwania Stwórcy
* czy uczynki, których dokonaliśmy na czyjeś życzenie, mimo że nam się nie chciało ich dokonywać, są dobre (inaczej mówiąc, czy mamy tzw. zasługę w Niebie, kiedy robimy coś dobrego, nawet jeśli tego dobra nie tylko nie planowaliśmy, ale nawet nie widzieliśmy możliwości jego zaistnienia)

Ostatnio najgłębiej utknęłam w rozważaniach na temat ostatniej z wymienionych kwestii. Wymyśliłam pierdyliony argumentów za i tyleż samo przeciw, a potem wreszcie poszłam po rozum do głowy ;-) i zadałam sobie pytanie: A jakie to ma znaczenie?
A potem zadałam sobie kolejne pytanie. O wiele bardziej niepokojące.
Czy nie zastanawiałam się nad tym dlatego, że próbowałam umniejszyć osiągnięcia Joan, bo chciałam się pocieszyć, że byłabym tak samo dobra, gdyby ktoś mówił mi, co mam robić?
Mam nadzieję, że odpowiedź na ostatnie pytanie brzmi: nie.

poniedziałek, 6 lipca 2009

postfilmowy


Z gatunku: zobacz coś dziwnego, nie umiera się od tego ;-)
obejrzałam film, którego główny bohater jest albo kosmitą, albo wariatem...
Brzmi znajomo?
Pewnie tak, ale tym razem nie piszę o „K-PAX”, tylko o „Czarnych słońcach” – polskim filmie z 1992 roku, którego największą zaletą jest muzyka Kultu, ze szczególnym uwzględnieniem piosenki „Czarne słońca”, którą kocham.
Niestety, film trudno pokochać. Trudno też znaleźć w necie taki jego opis lub recenzję, która stwarza pozory, że jej autor(ka) obejrzał(a) wcześniej omawiany film.
Trudno, ale się udało.
[Trochę tylko gryzie mnie zdanie: „Główna postać – Tadeusz Wilk (Tomasz Dedek), wmawia spotkanej na ulicy kobiecie – Celinie (Ewa Dałkowska), że jest jej synem.” bo sugeruje jakieś przypadkowe spotkanie.]
Dla zachęty ;-) dodam, że czytając zalinkowaną recenzję, poczujecie się jak u mnie - jej autor też jest trochę na bakier z interpunkcją.


Monopasterz polecał niedawno film „Siła spokoju” (Peaceful Warrior), więc – jak na grzeczną owieczkę, podążającą za swoim pasterzem, przystało – obejrzałam go natychmiast.
Z kronikarskiej obowiązkowości dodam tylko, że niemały wpływ na ową natychmiastowość ochoty obejrzenia miało również wyguglanie informacji, że jedną z głównych ról zagrał Nick Nolte.
[Już pisałam, że go kocham, więc się nie będę powtarzała ;-)]
„Siła spokoju” trochę przypomina amerykańskie poradniki psychologiczno-ezoteryczne (i nic dziwnego, zważywszy proweniencję filmu), ale mnie to wcale nie przeszkadzało, choć znam takich, których rozbolałyby od tego zęby ;-)


A jeśli ktoś szuka rozrywki wymagającej innego rodzaju myślenia (lub nawet jego braku), to polecam dwa filmy z 2006 roku, których głównym motywem jest napad na bank:
„Teoria chaosu” (Chaos w reż. Tony’ego Giglio)
„Plan doskonały” (Inside Man w reż. Spike’a Lee)
I aby tym dwóm ostatnim filmom nie było przykro ;-) muszę w nich też znaleźć coś do kochania...
Jeśli chodzi o „Plan doskonały”, to odpowiedź jest prosta – kocham Jodie Foster, która chyba nigdy nie zagrała słabo, a w tym filmie jest rewelacyjna (jak zwykle).
W „Teorii chaosu” kocham... nawiązania do torii chaosu.
[Chyba nie ma nic dziwnego w kochaniu teorii chaosu?]


PS
Na wszelki wypadek uprzedzam, że w tytule tego posta wcale nie brakuje spacji.

środa, 13 maja 2009

post głównie o wyobraźni i legislacji (czyli o tym, co w real life rzadko idzie w parze)...


...oraz o wampirach (które w real life występują zgoła częściej niż dobre prawo)


9 miejsce na liście najczęściej występujących fraz w wejściach z wyszukiwarek zajmuje w statystykach tegoż bloga: „ćwiczenie wyobraźni”.
No to poćwiczmy wyobraźnię jeszcze raz – posiłkując się serialem „True Blood”.

Załóżmy, że wampiry naprawdę istnieją. Załóżmy, że mogą się odżywiać syntetyczną krwią, aczkolwiek niekoniecznie ją lubią. Załóżmy, że zakładają swoją partię i walczą o prawa dla wampirów – a konkretnie o równouprawnienie.
Pytanie brzmi: czy przyznajesz wampirom takie same prawa, jakie mają ludzie?

Dodatkowe założenia:
Wampiry mogą się napić z człowieka, nie zabijając go i nie zmieniając w wampira.
Wampiry są ładne.
Krew wampirów działa na ludzi leczniczo i pobudzająco.
Wampiry potrafią rzucać na ludzi urok (zahipnotyzować).
Wampiry czasem zabijają ludzi, a ludzie - wampiry.
Wampiry są silne, szybkie i niebezpieczne (jak niektórzy ludzie).


Czy Ty przyznał(a)byś wampirom takie same prawa, jakie mają ludzie?






Przeczytałam książkę „Martwy aż do zmierzchu” Charlaine Harris, na podstawie której powstał scenariusz pierwszego sezonu serialu „True Blood”. I nie będę nikogo trzymała w niepewności, tylko od razu napiszę: SERIAL LEPSZY.
Aczkolwiek w jednym aspekcie gorszy.
Otóż w książce NAPISANEJ PRZEZ KOBIETĘ główna bohaterka, Sookie Stackhouse, w finale SAMA radzi sobie z polującym na nią wielokrotnym mordercą i nie są jej do tego potrzebni przedstawiciele odmiennej płci i odmiennych ras. Natomiast w serialu, do którego scenariusz zasadniczo NAPISAŁ MĘŻCZYZNA, mężczyźni zewsząd (no, trochę przesadziłam, bo było ich tylko/aż dwóch) przybywają na ratunek i sprawiają wrażenie, że bez nich Sookie nie dałaby sobie rady.
Dobrze, że chociaż pozwolili jej wbić szpadel w szyję zabójcy... ;-)

niedziela, 10 maja 2009

I wanna do bad things


Czy warto oglądać coś, co sam twórca nazywa „popcornem”?
A właśnie tak swoje dzieło, serial „True Blood” (u nas „Czysta krew”), nazwał Alan Ball, scenarzysta. Powiedział co prawda, że jest to „popcorn dla inteligentnych ludzi”, ale przecież popcorn zawsze pozostaje tylko popcornem, niezależnie od tego, kto go spożywa.
Nie ukrywam, że za popcornem nie przepadam.
Ale pierwszy sezon „True Blood” pochłonęłam z apetytem ;-)
I chcę jeszcze.
Zarys akcji znajdziecie tam.
Dodam do niego tylko ostrzeżenie, że więcej w tym serialu soft porno niż krwawych akcji, z wampirami atakującymi ludzi w rolach głównych.
Ale najciekawsze jest zmiksowanie różnorodnych i – zdawałoby się – absolutnie niepasujących do siebie wątków. Poważnych i niepoważnych. Ważnych i błahych. Strasznych i melodramatycznych.
Jest to horror, love-story i dramat obyczajowy w jednym.
Jednym słowem, a raczej trzema: ciasteczko z nadzieniem ;-)

Wszystko w tym serialu wydaje się przemyślane i nieprzypadkowe. Nawet skonstruowano go w taki sposób – denerwujący, trzeba przyznać – żeby zachęcać widzów do obejrzenia kolejnych części. Zabieg nie jest odkrywczy, ale tutaj wykorzystano go do maksimum – każdy odcinek zawiera zakończenie albo chociaż rozwinięcie akcji rozpoczętej w poprzednim odcinku i jakiś nowy wątek, który zostanie rozwinięty dopiero w kolejnym.

Znalazłam w necie opinie ludzi, którym nie podoba się gra Anny Paquin, ale mnie ona nie drażni - nawet kiedy jej ruchy wydają się sztuczne, a mimika przesadna. Dla mnie to kolejny przejaw przyjętej konwencji. Aczkolwiek prawdą jest też to, że akurat nie Anna Paquin zwraca moją uwagę, ale Stephen Moyer, na którego widok nucę:
I wanna do bad things with you” ;-)
i nie ja jedna – prawda, drogie Czytelniczki?


ps
Dzięki temu serialowi poznałam kolejną piosenkę, której mogę słuchać w kółko i wcale mi się nie nudzi: „Bad Things” J. Everetta.

środa, 8 kwietnia 2009

post niedokończony niemal jak życie ofiar Dextera ;-)


Wszystko jest OK, wszystko jest OK. Nie jest dobrze, ale wszystko jest OK. - te słowa (bodaj autorstwa Anthony’ego de Mello) najlepiej podsumowują WSZYSTKO, każdy temat, który mogłabym poruszyć.
Pasują nawet jako expressowa recenzja trzeciego sezonu „Dextera” ;-)
Aczkolwiek od „Dextera” jestem już uzależniona i czwarty sezon też bym obejrzała, choćby był żenującą chałą, gdyby tylko był. Ale nie ma (ale będzie!).
Ciekawszego tematu do rozmyślań przy przedświątecznych porządkach nie mam, więc sobie rozmyślam o „Dexterze”. Przeskakuję w myślach od tematyki serialu do problematyki jego oglądalności. Na przykład: dlaczego wśród jego widzów przeważają kobiety? I czy ten fakt sprawił, że w drugim sezonie pojawiła się gorąca (według przedstawicieli płci brzydszej) Lila? A czy w trzecim z premedytacją zrobiono zwrot w stronę pań, dorzucając do obsady ciacha w męskich ciałach (Ramsey i Harrington)?
Oczywiście odpowiadam sobie na zadawane przez siebie pytania (w końcu jestem samowystarczalną singielką ;-)) – i tak: wśród widzów przeważają panie, bo w jednych Dexter budzi macierzyńskie uczucia, a drugie lecą na złych chłopców; Lila (Jaime Murray) jest OCZYWIŚCIE prezentem dla panów a Quinn i Anton są prezentami dla pań i zostali wybrani z premedytacją, ze szczególnym uwzględnieniem walorów zewnętrznych...
Co mnie zainteresowało? Oczywiście głębia psychologiczna (wbrew pozorom to nie żart, aczkolwiek z upływem czasu, tj. sezonów, głębia powoli przekształca się w mieliznę) i ciekawe obserwacje obyczajowe, a poza tym strasznie bawią mnie pokazane relacje damsko-męskie oraz wszystkie sceny ukazujące różnice w pojmowaniu świata przez kobiety i mężczyzn.
W tej ostatniej kategorii absolutnym hitem są rozmowy Dextera z Ritą (sezon 1), w których ona opowiada mu o jakimś swoim problemie, a on pyta czy jej pomóc i odpowiedź „nie” uznaje za szczerą i kategoryczną (w trzecim sezonie to samo dotyczy kwestii (nie)kupowania pierścionka zaręczynowego).
Na zasadzie kontrastu te scenki na amen scaliły się w moim umyśle z jednym wpisem na blogu laski, do której z przyjemnością zaglądam, a teraz Was odeślę, bo u mnie to już koniec posta ;-)

wtorek, 31 marca 2009

pierwszy podmuch wiosny budzi lęk, porcja ciepłych złudzeń przenika do serc


Długo się opierałam, ale w końcu uległam.
I zakochałam się na zabój ;-)
W Dexterze,
a gwoli ścisłości dodam, że nie w samej postaci ani nie w grającym ją aktorze, ale w serialu jako takim.
Zaprawdę powiadam Wam – uwielbiam takie przejawy chorej wyobraźni :-)
Chwilowo zapodałam sobie tylko pierwszy sezon i trochę się martwię, że drugi już mi tak bardzo nie przypadnie do gustu, bo Dexter wykończył Rudy’ego, a to właśnie grający go Christian Camargo z całej obsady podobał mi się najbardziej...
Nie wiem jak to działa, ale to już niemal tradycja, że najbardziej podoba mi się najczarniejszy z czarnych charakterów (na szczęście to nie obowiązuje w real life, bo musiałbym się chyba pochlastać). W przypadku „Dextera” wystarczyło, że Camargo przemknął gdzieś w tle, a ja natychmiast zwróciłam na niego uwagę i w tej samej chwili zrozumiałam: to będzie on.
Wyhaczanie szwarccharakterów zanim mrugną okiem trochę psuje mi frajdę z oglądania filmów – ich twórcy dwoją się i troję, żeby mnie zaskoczyć, a tu kiszka...
Ale można żyć nawet z taką przypadłością ;-)

A propos przypadłości. Armagedon się chyba zbliża, bo ostatnio patrzę na swoje nogi i... cieszę się z ich widoku. Nie żeby mi się nagle zaczęły podobać, ale jakoś tak spoglądam na nie i zgadzam się z myślą, że to są moje nogi...
Róbcie zapasy na koniec świata ;-)

ps
Bocian mi dzisiaj uparcie latał nad głową - wte i wewte.
Kochane Bravo, czy od latającego nad głową bociana można zajść w ciążę?

pps
Tytuł posta to oczywiście cytat z piosenki "Daleka droga do domu" - może i nie jest najweselsza, ale nadal ją uwielbiam.

sobota, 31 stycznia 2009

filmoteka zmęczonego człowieka


Nowy Rok przestawił mi w głowie zwrotnice i z nadawania przeszłam na odbiór ;-)
Przez ostatni miesiąc obejrzałam dwa pierdyliony filmów, a W PRZERWACH miedzy nimi uczęszczałam do pracy i przeczytałam parę książek. Oczywiście, filmów było znacznie więcej niż książek, bo łatwiej patrzeć niż myśleć – w tej kwestii na pewno zgodzą się ze mną mężczyźni, bo przecież nie bez powodu wolą panie ładne od pań mądrych.
Tak na marginesie: powyższe zdanie napisałam – OCZYWIŚCIE – tylko i wyłącznie dlatego, że jestem pasztetem. Gdyby tak nie było, to PRZECIEŻ wypełniłabym ten blog moimi fotografiami... czyż to nie jest oczywiste?
A wracając do oglądania – które, jako się rzekło, w znaczenie mniejszym stopniu zużyło moje zasoby własne, zwłaszcza wyobraźnię, niż czytanie – dodam jeszcze, że obejrzałam bez ładu, składu i sensownej struktury wiele pozycji z listy filmów, które kiedyś-tam wcześniej miałam ochotę obejrzeć. Aczkolwiek co nieco jeszcze zostało i na następny zjazd formy na pewno wystarczy...

Na pewno nie obejrzę ponownie dwóch horrorów ze Wschodu: „Zdjęcia śmierci” i „Czerwonych pantofelków” - gdybym miała zachęcać kogoś do obejrzenia któregoś z nich, to wolałabym polecać „Zdjęcie śmierci” ze względu na wyższe stężenie logiki w opowiadanej historii. OCZYWIŚCIE ten film, jak większość tego typu produkcji, nie wnosi żadnych wartości do życia widza, ale na plus przemawia fakt, że żadnych też nie wynosi.
Największą wadą „Czerwonych pantofelków” jest zakończenie – nawet horrorowa historia powinna mieć jakąś, choćby w minimalnym stopniu sensowną, genezę, a tę niepotrzebnie przekombinowano. Wydaje mi się, że ten film byłby o dwa nieba lepszy, gdyby twórcy poprzestali TYLKO na obłożonych klątwą butach.

Oprócz tych ze Wschodu, oglądałam też horrory z umownego Zachodu, a w pamięci utkwił mi ten pt. „Plaga” (The Reaping) – bardzo łatwo znaleźć krytyczne opinie o tym filmie, więc przekornie zalinkowałam pozytywną :-) OCZYWIŚCIE nie jest to film, który koniecznie trzeba obejrzeć, ale nie na wszystkie niepochlebne opinie zasłużył.
Jednak bardziej od krytycznych recenzji – w końcu o gustach się nie dyskutuje - dziwią mnie głosy osób twierdzących, że zakończenie jest niejasne. To prawda, że nie wiemy co się stanie dalej, ale to, co dotyczy przeszłości jest jasne – oczywiście, poza odpowiedzią na pytanie DLACZEGO ;-)

Zapamiętałam też thriller/kryminał pt. „Reguła” (W &Delta Z), który naprawdę mógłby mi się spodobać, ale są pewne ALE. Przede wszystkim, logika odrobinę kuleje na jedną nóżkę: jeżeli motywem działań Jean Lerner była chęć zemsty zmiksowana z chęcią usprawiedliwienia wcześniejszego postępku knowaniami samolubnych genów, to zakończenie „eksperymentu” nie powinno jej ucieszyć, tylko załamać – tym bardziej, że nie wchodziły w grę geny. Przyjmijmy jednak, że jej zadowolenie da się uzasadnić – w końcu okazało się, że miłość istnieje, a to już nie byle co ;-) Największą porażką tego filmu jest Melissa George w roli Helen, początkującej policjantki z wydziału zabójstw. To, co zrobiła z tą rolą określa tylko jedno słowo: AWARIA. Trudno powiedzieć czy Ashley Walters jako Daniel Leone był od niej lepszy czy gorszy, ale w końcówce ją „przebił”.
Swoją drogą, strasznie jestem ciekawa czy jest ktoś, kto po obejrzeniu tego filmu nie zaczął się zastanawiać, czy autor scenariusza jest gejem?
– To była pierwsza rzecz, którą sprawdziłam po seansie...
A odpowiedź twierdząca wcale mnie nie zdziwiła.
Zaskoczyły mnie natomiast losy George'a Price'a, ale to już całkiem inna historia.

Thriller „Ktoś całkiem obcy” (Perfect Stranger) też zapadł mi w pamięć, ale głównie dlatego, że długo zastanawiałam się, co trzeba byłoby w nim zmienić, żeby był dobry ;-)
Zgadzam się z każdym słowem TEJ OPINII

Zauważyłam, że decydujący wpływ na moją opinię o filmie ma zakończenie, więc koniecznie muszę wspomnieć o kryminale pt. „Samotne śledztwo” (Contre - enquete), który obejrzałam via tivi. Oglądałam go ze średnim zainteresowaniem, ale zakończenie tak mnie zaskoczyło, że natychmiast uznałam, że to świetny film ;-)

Oczywiście od teorii o decydującej roli zakończenia są liczne wyjątki i należy do nich np. film pt. „Naga prawda o miłości” (The Truth About Love). Wszystkie negatywne opinie jakie można o nim znaleźć są – uwierzcie - PRAWDZIWE, ale mnie i tak się podobał. Aczkolwiek zakończenie ma wprost nieprawdopodobnie idiotyczne - nawet jak na komedię romantyczną.
Jednak na wszystkie usterki przymknęłam oczy, albowiem w jednej z głównych ról wystąpił Dougray Scott, a jakiś tajemniczy defekt mózgu każe mi lubić starszych, brzydkich panów i nie ma na to rady ;-)

A skoro już jestem przy komediach, to zapiszę sobie wśród obejrzanych „Tylko seks” (Strictly Sexual) - prostą, a nawet prostacką historyjkę, która mogłaby być podstawą do nakręcenia filmu erotycznego, albo nawet pornograficznego – wystarczyłoby tylko trochę inaczej sfilmować niektóre sceny. Generalnie rzecz biorąc: nudy i schemat. No chyba, że ktoś lubi wulgarne rozmowy o seksie. Ja – przyznaję – lubię takie, ale te filmowe mnie akurat nie zainteresowały. A to pech! ;-)

Jeśli ktoś szuka trochę inteligentniejszych dowcipów o bzykaniu, to powinien obejrzeć animowany film pt. „Film o pszczołach” (Bee Movie). Nawet niezły, aczkolwiek start ma zdecydowanie lepszy od finiszu.

A będąc przy animowanych produkcjach dla dorosłych dzieci, wspomnę jeszcze o filmie „WALL-E”, który obejrzałam najpierw tylko do połowy, bo... śmiertelnie mnie znudził. Resztę obejrzałam dopiero po kilku dniach, kiedy nie miałam niczego innego pod ręką i wtedy ta druga część bardzo mi się spodobała. Nie wiem czy jest naprawdę lepsza od pierwszej, czy po prostu za pierwszym razem byłam w złym nastroju – przekonam się, kiedy/jeśli obejrzę całość od początku do końca. Ale już teraz jedno nie budzi moich wątpliwości: technicznie ten film jest bez zarzutu.

Oprócz filmów animowanych, z tematem „dzieci” kojarzy mi się film pt. „Sztuczki”, o którym najpierw usłyszałam/przeczytałam mnóstwo pochlebnych opinii, a dopiero potem go obejrzałam i... strasznie się zawiodłam. Możliwe, że trochę z powodu zbyt dużych oczekiwań, bo jednak „Sztuczki” wyróżniają się pozytywnie na tle większości polskich produkcji, ale czegoś w nich brakuje i czegoś jest za dużo, więc w ostatecznym rachunku bilans nie oszałamia.
Trochę racji ma autor tej opinii, ale i tak należy ten film obejrzeć, żeby wiedzieć czy słusznie zgarnął tyle nagród, ile zgarnął.
Mnóstwo osób mówiących/piszących o tym filmie przypomina inny film tego samego reżysera, też chwalony i nagradzany, a mianowicie „Zmruż oczy”, więc dodam jeszcze, że kilkakrotnie usiłowałam „Zmruż oczy” obejrzeć, ale nigdy mi się to nie udało – może jeszcze kiedyś spróbuję to zrobić, ale wątpię czy dam radę, bo antykunszt aktorski Małgorzaty Foremniak zawsze zwala mnie z nóg i wymusza OFF.

A propos nagród, libański film pt. „Karmel” też zebrał mnóstwo hurraoptymistycznych recenzji, ale mnie najbardziej podoba się TA, bo jest zgodna z prawdą i nie słodzi tego, co słodkie tak do końca nie jest.

Na koniec (nie chodzi o to, że już opisałam wszystkie filmy, które przychodzą mi do głowy, ale o to, że już mnie to znudziło ;-)), czas na film, który nie tylko mi się spodobał, ale – rzadko to mówię – jest LEPSZY od książki, na podstawie której powstał scenariusz. Mam na myśli „Gwiezdny pył” (Stardust), film fantasy na podstawie powieści Neila Gaimana; aczkolwiek nie wszyscy się z tą opinią o lepszości zgadzają.
Jest to kino lekkie łatwe i przyjemne, a zawsze śliczną (i uwielbianą przeze mnie) Michelle Pfeiffer w roli czarownicy oraz Roberta De Niro w roli całkiem na bakier z jego emploi naprawdę warto zobaczyć.


Film „2046” zasługuje na oddzielny wpis i pewnie go dostanie.
Albo nie ;-)

środa, 17 grudnia 2008

Viggo, I dream of You (up)! ;-)



Tak strasznie ciekawiły mnie efekty ponownej współpracy Cronenberga i Mortensena, że zaniedbałam świąteczne przygotowania (à propos) i machnęłam ręką, a nawet dwiema, na pracowe obowiązki.
I nie żałuję.
Aczkolwiek mam teraz niezłą zagwozdkę:
nie wiem czy się zepsułam, czy te ostatnie filmy Cronenberga naprawdę są takie dobre,
bo Eastern Promises też obejrzałam dwukrotnie.
Nie mogę jednak z czystym sumieniem zgodzić się z powtarzanymi w necie opiniami, że ten film jest lepszy od Historii przemocy.
Co wcale nie znaczy, że mam ochotę twierdzić, że jest gorszy :-)
Te filmy są po prostu zupełnie inne – i tematycznie, i stylistycznie.
Historia przemocy jest filmem z przesłaniem, a Eastern Promises to solidne kino sensacyjne i niewiele ponadto – prosta (hehe) opowieść o mafii. A że włoska mafia już się opatrzyła, to tutaj mamy mafię rosyjską, a akcja toczy się (wartko) w Londynie.
Scenarzyści wykonali solidną robotę, aby sprzeczne z instynktem samozachowawczym poczynania bohaterów filmu robiły wrażenie psychologicznie uzasadnionych – dlatego np. dowiadujemy się o nienarodzonym dziecku Anny i o homoskłonnościach Kirilla – ale mimo tych zabiegów dramat psychologiczny to na pewno nie jest. Ale to żaden problem.
Znacznie większy problem w tym, że tematyka gangsterska została już niemal doszczętnie wyeksploatowana w kinematografii, a z każdym kolejnym filmem maleje – i tak niewielka – szansa na to, że uda się widza czymś zaskoczyć. Właściwie jest to możliwe tylko wówczas gdy widz albo mało widział, albo/i... wolno myśli (nie kojarzyć z wolnomyślicielem!) ;-)
Ja widziałam (za?) dużo i trochę mnie w pierwszej chwili dziwiło, że można tak łatwo zorientować się kto jest kim i do czego to wszystko zmierza. Jednak dość szybko przestało mnie to dziwić, bo zrozumiałam, że priorytetem twórców wcale nie było to, żeby nas zaskoczyć poczynaniami mafiosów.
Zaskakiwać widza miało nie to, co się dzieje, ale JAK się dzieje.
I jestem pewna, że co najmniej jedna scena z tego filmu przejdzie na zawsze do historii kina –
naked Viggo fight scene,
czyli scena, w której goły (i gdzieniegdzie wydepilowany - żeby było widać tatuaże) Viggo Mortensen (a właściwie grana przez niego postać) walczy z dwoma kompletnie ubranymi (nawet w skórzane kurtki) przeciwnikami w tureckiej łaźni.
To jest właśnie szczytowy przejaw tego wspomnianego wyżej JAK.
Być może jakiś rozsądny człowiek zapytałby, dlaczego idący na mokra robotę zabójcy nie wzięli rewolwerów tylko zakrzywione noże... Ale kto tu jest rozsądny? ;-)
A poza tym uzasadnienie istnieje, czemu nie – wszystko w tym filmie da się mniej lub bardziej pokrętnie uzasadnić, a to akurat mniej – po prostu ci smutni panowie dwaj chcą pomścić śmierć brata, któremu poderżnięto gardło w pierwszej scenie filmu i widocznie nie pragną ekscesu intensywnego (tj. nie chcą używać niewspółmiernych środków... zemsty ;-))
Vory v zakone (po naszemu najlepiej chyba brzmią: chłopaki z ferajny) mają w końcu swoje zasady, nie? A my je znamy z pierdyliona filmów...
Ale jeśli nawet Eastern Promises są pierdylion pierwszym filmem o mafii, to i tak warto go zobaczyć. Jeśli tylko będziecie mieli okazję (nie rozumiem dlaczego dotąd nie miał polskiej premiery), to obejrzyjcie.
Na moją odpowiedzialność ;-)

niedziela, 14 grudnia 2008

historia przemocy


Zdarza mi się oglądać filmy kilkakrotnie, ale taki myk, że film się kończy, a ja go włączam od początku i ponownie z zainteresowaniem oglądam, to jednak rzadkość.
A może nawet ewenement.
Właśnie mi się przydarzył.
Obejrzałam film, który robił furorę 3 lata temu (oj tam, drobne opóźnienie, wielkie mi co...) i już wiem, że robił tę furorę zasłużenie.
Kto „Historię przemocy” (A History of Violence, Eine Geschichte der Gewalt) oglądał, może spokojnie czytać dalej, a kto nie oglądał – powinien najpierw obejrzeć, a dopiero potem czytać. W przeciwnym wypadku zepsuje sobie całą przyjemność z seansu. Tym bardziej, że nie zamierzam tutaj pozostawiać żadnych niedomówień – to nie (pseudo)recenzja mi się w głowie kluje, ale rozbiór filmu na cząstki zgoła elementarne.
Aczkolwiek nie wiem jeszcze czy dojdę do kwarków, czy do atomów... ;-)
Jedno jest pewne – film ma strukturę krystaliczną i wszystkie te cząstki idealnie do siebie pasują. A zagłębiając się dalej w tę metaforę dodam jeszcze, że bliżej mu (temu filmu ;-)) do polikryształu niż do monokryształu.
Jedno z atrakcyjniejszych ziaren tego polikryształu jest niewątpliwie dziełem Viggo Mortensena...
W tym miejscu serdeczne Bóg zapłać dla Harrisona Forda, za to że roli Toma Stalla nie przyjął, bo ja go sobie w niej nijak wyobrazić nie potrafię.
Za to Viggo pasuje idealnie.
I chyba Cronenberg (reżyser) był z jego pracy zadowolony (trudno, żeby nie był!) skoro nakręcili razem kolejny film, Eastern Promises (podejrzewam, że nie będę zwlekała 3 lata z obejrzeniem go).

Viggo jest takim brzydalem (pomimo miejsca na liście 50 najpiękniejszych magazynu „People” – jak oni ją tworzą?), że chyba nikogo, kto mnie pod tym względem zna, nie zaskoczę stwierdzeniem, że mnie się podoba. Niekoniecznie są to fajerwerki zachwytu, ale nie zamykałabym oczu, gdyby... ;-)
O zamykaniu oczu jeszcze kiedyś napiszę, ale nie dziś :-)

Swoją drogą, ciekawe czy Viggo łączy/łączyło coś poza planem z Marią Bello, jego filmową żoną, bo widać między nimi taką chemię, że aż ekran zaróżowił się z wrażenia podczas seansu ;-)

Pod względem zgrania wszystkich elementów konstrukcyjnych „Historia przemocy” kojarzy mi się z „Pustym domem” – oba filmy mają świetne scenariusze, świetne zdjęcia, świetną obsadę i nawet muzyka mi pasuje, chociaż akurat od wypowiedzi na ten temat powinnam się powstrzymać z powodu absolutnego braku słuchu muzycznego.

Najważniejsza jest oczywiście opowiadana historia
(zarys fabuły tutaj i to już naprawdę ostatnia szansa dla tych, którzy filmu jeszcze nie oglądali, na rezygnację z czytania tego tekstu w sensownym momencie)
i trzeba przyznać, że scenarzyści wiedzieli jak ją opowiedzieć, żeby widza zaintrygować.
Akcja rozwija się nieśpiesznie i nabiera tempa właściwie tylko w tych chwilach, kiedy trzeba komuś przyłożyć albo zakończyć jego (w domyśle żałosną) egzystencję. Sceny zabijania są dodatkowo okraszone lekką domieszką gore, ale w przypadku filmu, który przemoc ma w tytule, nie powinno to nikogo dziwić.
Z drugiej strony, jeśli ktoś liczy na jakieś nie służące rozwojowi akcji masakry, to się przeliczy. W tym filmie nie chodzi o pokazanie przemocy. W tym filmie chodzi o pokazanie, jak używanie przemocy zmienia człowieka i całe jego otoczenie.
A także o to, że błędów przeszłości nie da się ukryć – zamiecione pod dywan brudy ktoś znienacka wywlecze, w najmniej spodziewanym momencie, i zburzy spokój zbudowany na zaprzeczaniu wydarzeniom z przeszłości.

Uwaga na marginesie: pomysłodawca tej historii (na początku był komiks dwóch panów: Johna Wagnera i Vince'a Locke'a) chyba wierzy w założenia psychoanalizy i dlatego przekonuje widza, że wyparcie jakichś przeżyć do nieświadomości nie uczyni nikogo wolnym człowiekiem.

Nie dowiadujemy się dlaczego i jak Tom Stall, kiedyś sprawny i bezwzględny zabójca, a teraz dobry mąż, wspaniały ojciec i lubiany członek małomiasteczkowej społeczności, zmienił swoje życie. Ale kibicujemy mu przez cały film.
Są w tym filmie inni zabójcy i dla nich już nie mamy tyle wyrozumiałości.
Czym się różnią od Toma/Joeya?
Tym, że on się zmienił?
Może oni też by się zmienili – jak Tom – może założyliby rodziny i zajęli się uczciwą pracą?
Oczywiście, mogliby to zrobić tylko wówczas, gdyby Tom ich nie zabił...

Po obejrzeniu tego filmu dłuższą chwilę rozmyślałam o tym, że systemy prawne w tzw. cywilizowanych społecznościach są bezsensowne.
No bo czy ktoś rozsądny chciałby, żeby Tom Stall poszedł do więzienia za to, co robił, kiedy był Joeyem Cusackiem? A tak by się przecież stało, gdyby ta historia była prawdziwa i gdyby został złapany – jego przemiana nie miałaby żadnego znaczenia.
Z drugiej strony czy ktoś chciałby, żeby wszystkim mordercom dawano szansę na swobodne życie w społeczeństwie? Czy jest ktoś, kogo nie złości wypuszczanie na wolność bandziorów, którzy nie odsiedzieli w całości swoich wyroków?
Jak to się dzieje, że wśród ludów tzw. pierwotnych nie zdarzają się takie przestępstwa, jakie popełniają ludzie podobno cywilizowani? Oni nie mają więzień, sędziów ani nawet policji, a mimo to – nie gwałcą i nie zabijają. Dlaczego?

Kolejne pytanie: co z rodziną Toma?
Żona Toma, zanim poznała jego przeszłość, uważała go za najlepszego z mężczyzn. Czy powinna zmieniać zdanie?
To prawda, Tom znowu zabił, ale został do tego zmuszony. Nie mógł liczyć ani na pomoc przedstawicieli prawa, ani na to, że przestępcy zostawią go w spokoju.
Powyrywał chwasty i co? – Miałby za to zostać ukarany utratą rodziny?
Czy żona ma go przestać kochać?
A z drugiej strony: jak mają żyć dalej?

W tym filmie prawda nikogo nie wyzwoliła.
Cronenberg pokazał to w ostatniej scenie z wirtuozerią godną najwyższego podziwu – kiedy już wszyscy źli ludzie poszli do piachu, napięcie... wzrosło.
Co dalej z tą rodziną?
Na to pytanie Cronenberg nie odpowiada.

A co Wy na to?
Czy informacja o czyjejś przeszłości powinna zmieniać naszą opinię o tej osobie?
Powtarzam: ta osoba wcale się nie zmieniła, zmieniła się nasza wiedza o jej przeszłości – czy zmieniamy swoją opinię?

Jeśli ktoś uważa, że taka zmiana opinii jest uzasadniona, to chciałabym jeszcze wiedzieć, czy podczas lektury „Martina Edena” też tak uważał.

Aha! Niech mi nikt nie wmawia, że Tom się zmienił, bo np. uderzył syna – moim zdaniem ta scena o niczym takim nie świadczy. A jeśli już miałaby o czyjejś przemianie świadczyć, to co najwyżej o przemianie syna, który był bezczelny i niesprawiedliwy. IMO, policzek wymierzony synowi przez Toma był raczej wyrazem bezradności niż agresji. Myślę, że – jak wielu rodziców – uderzył ten jeden raz i już nigdy by tego nie powtórzył.

Na koniec jeszcze kilka uwag o wizualnej stronie filmu, która zrobiła na mnie naprawdę spore – pozytywne – wrażenie, bo trudno znaleźć jakiś źle skomponowany kadr (mnie nie przychodzi do głowy żaden).
Te wszystkie sceny, w których tak wyraźnie widać obrączki Stallów...
Ta symboliczna scena, kiedy widać w mroku plecy płaczącej Edie – z raną po seksie na schodach – która jest jak obraz, jak dzieło sztuki...
I prawdziwy majstersztyk – różnica w wyglądzie domu Stallów w początkowych scenach filmu, kiedy oglądamy przeszczęśliwą rodzinkę, oraz pod koniec, kiedy rodzina się rozpada, a dom, który wcześniej wydawał się bardzo przyjemnym miejscem, nagle robi wrażenie przypadkowo powstałej konstrukcji, pełnej niedoróbek...
To trzeba zobaczyć!
Smaczek dodatkowy – zachęta dla nacjonalistów ;-) - autorem zdjęć jest Peter Suschitzky, a Polish-British cinematographer, born in Warsaw the son of fellow cinematographer Wolfgang Suschitzky (w polskiej wersji Wikipedii nie ma o nim notatki).

Udanego seansu!


ps
Najlepszy tekst o tym filmie, jaki znalazłam w sieci, jest tutaj.