Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lipca 2010

Armageddon was yesterday – today we have a serious problem

Miałam parę kilo czasu, więc zabrałam się za książki Stiega Larssona.
Leżały dotąd odłogiem nie tylko dlatego, że nie miałam czasu na czytanie – chciałam raczej, żeby wyblakły mi w pamięci filmy nakręcone na ich podstawie.
Po przeczytaniu całego cyklu „Millenium” wspomnienia filmowe ożyły o tyle, że zaczęłam się zastanawiać, czy po ich obejrzeniu Larssona trafiłby szlag, czy by nie trafił. I nie chodzi o to, że te filmy są złe, bo nie są, ale o to, że wypaczono w nich zamysły autora. Moim zdaniem w zasadniczych kwestiach i w sposób niczym nieuzasadniony.

Jeśli jeszcze nie przeczytałaś/przeczytałeś trylogii „Millenium” – ZRÓB TO.

Czyta się szybko, mimo budzącej szacunek ;-) objętości każdego tomu. A tematyka powinna chyba zainteresować każdego, skoro mamy do czynienia jednocześnie z kryminałem, dramatem psychologicznym, thrillerem, powieścią sensacyjną, detektywistyczną… itede
Co ciekawe, są tacy, którzy twierdzą, że wszystkie opisane przez Larssona afery wydarzyły się naprawdę.


A teraz cienka szara linia, której nie należy przekraczać, jeśli nie przeczytało się trylogii „Millenium” Stiega Larssona lub nie obejrzało się wszystkich filmów nakręconych na ich podstawie.


Które zmiany, wprowadzone przez scenarzystów, najbardziej nie przypadły mi do gustu?

Primo
Nie rozumiem, dlaczego nie pokazano stylu życia Mikaela Blomkvista, a pośrednio również Eriki Berger?
Romans mężatki i rozwodnika nie wydał się filmowcom zbyt niegrzeczny [aczkolwiek z Mikaela, o ile dobrze pamiętam, zrobili kawalera], ale już pokazanie, że mąż Eriki nie ma nic przeciwko temu, a poza Eriką Mikael sypia z innymi kobietami [nie tylko z Lisbeth, nie tylko!] i jej to nie przeszkadza, to już było za wiele?

Secundo
Nie rozumiem, dlaczego zasugerowano, że Lisbeth zaczyna unikać Mikaela, gdyż obawia się miłości po tym, jak jej matka została wyjątkowo źle potraktowana przez ukochanego mężczyznę?
Ta zmiana – kiedy ją przemyślałam – zirytowała mnie szczególnie, bo wydaje mi się, że Larsson, nie pisząc tego wprost, pokazał, jak powinna się zachować osoba, która ma wobec innego człowieka oczekiwania, których on nie może spełnić.
Kiedy Lisbeth uświadamia sobie, że zakochała się w Mikaelu i czuje zazdrość, widząc go z Eriką, nie żąda od niego, żeby z Eriką zerwał, bo zna jego przeszłość i wie, że właśnie z powodu Eriki rozpadło się jego małżeństwo. Zamiast tego – rezygnuje ze związku z nim. Nie dlatego, że to było łatwe, ale dlatego, że chciała więcej niż on mógł jej dać.

Tertio
Nie pojmuję, dlaczego w „Zamku z piasku, który runął” zrobiono z Eriki Berger taką tchórzofretkę?
Tego Larsson filmowcom by nie wybaczył!

Bo Stieg Larsson był zdeklarowanym feministom i widać to wyraźnie w jego powieściach, za co polubiłam go jeszcze bardziej niż za to, że był numerologiczną 33 ;-)

Bardzo, bardzo spodobał mi się motyw z Tą z TV4. To ona, Ta z TV4, jako pierwsza spośród wszystkich dziennikarzy spoza „Millenium” zainteresowała się aferą Wennerströma, ale kiedy o aferze mówili już wszyscy – temat został przekazany jej kolegom, MĘŻCZYZNOM. Gdy Mikael Blomkvist to zauważył, oświadczył, że będzie rozmawiał tylko z nią. Stacja chciała kręcić z nim wywiady, więc musiała ulec.
A do ciekawostek należy dodać, że Mikael zachował się WZORCOWO pomimo tego, że Ta z TV4 jako jedna z nielicznych nie chciała iść z nim do łóżka ;-)



Kiedy tak sobie rozmyślam o feminizmie Larssona, to szlag mnie trafia na myśl o tym, co się wyrabia w moim kraju. W kraju, w którym kandydat na prezydenta – i wybrany na tegoż – emituje spot wyborczy, w którym żona podaje mu zupę, bo był grzeczny, a kiedy feministki zwracają na to uwagę, to przekracza granice żenuły w tłumaczeniach i oburzeniu. A przede wszystkim – w braku zrozumienia sedna sprawy.

Powiedzcie, bo mnie to męczy, czy naprawdę tak trudno było zrozumieć meritum?

Po protestach feministek Bronisław Komorowski, wespół z żoną, wmawiał społeczeństwu, że on też wykonuje prace domowe. Ale skoro tak, to powstaje pytanie: dlaczego to nie taką scenę pokazano w spocie wyborczym?
Czyż dokonany wybór nie świadczy najdobitniej o obowiązującej w naszym kraju „normie”? I czy utrwalanie owej chorej „normy” przez polityka pretendującego do stanowiska prezydenta nie świadczy źle o tym polityku?

Jeszcze fatalniej postąpiła Anna Komorowska, kiedy z oburzeniem stwierdziła, że – nie cytuję tylko streszczam własnymi słowami – feministki walczą przecież o to, żeby każda kobieta mogła żyć tak, jak chce, więc i ona może być „kurą domową”, skoro tego chce.
Nie wiem czy ktoś tej pani [teraz już First Lady, cholera] wyjaśnił, że faktycznie może sobie robić co chce i być kim chce, ale jeśli jest żoną polityka w kraju, w którym naprawdę wielkim problemem jest walka z wyzyskiem kobiet i brakiem równouprawnienia, to afiszowanie się właśnie w TAKIEJ sytuacji i promowanie właśnie TAKIEGO stylu życia nie świadczy dobrze ani o kompetencjach polityka ani o inteligencji jego żony.

Już Arystoteles rozumiał politykę jako rodzaj sztuki rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. A wg Wikipedii współczesna definicja polityki zakłada, że jest to:
działalność polegająca na przezwyciężaniu sprzeczności interesów i uzgadnianiu zachowań współzależnych grup społecznych i wewnątrz nich za pomocą perswazji, manipulacji, przymusu i przemocy, kontestacji, negocjacji i kompromisów, służąca kształtowaniu i ochronie ładu społecznego korzystnego dla tych grup stosownie do siły ich ekonomicznej pozycji i politycznych wpływów.

Obserwując zachowanie nowo wybranej pary prezydenckiej można dojść do wniosku, że albo feministki mają marną pozycję i zero politycznych wpływów, albo Bronisław Komorowski jest zwolennikiem polityki średniowiecznej, której zasadniczym celem było uzasadnianie uprzywilejowania jednych i braku praw innych.


ps
Uroczyście oświadczam, że tytuł tego „odcinka” nie jest aluzją do wydarzeń dnia wczorajszego [w sensie wyborów prezydenckich] – jest to text z jednej spośród koszulek Lisbeth Salander, którą to Lisbeth niniejszym zaliczam do grona moich ulubionych bohaterek literackich.
Jej twórcę, Stiega Larssona, zaliczam do grona moich ulubionych pisarzy i ulubionych ludzi. Ostatecznie: Nie śmierć rozdziela ludzi, lecz brak miłości...

środa, 23 czerwca 2010

w Dzień Ojca o urlopie dla ojca

Dziś Dzień Ojca, a to mi przypomina, że kiedyś miałam zamiar napisać text o urlopie tacierzyńskim, tatowym czy – jak kto woli – ojcowskim.
Notabene, gdyby mnie ktoś zapytał, którą nazwę wolę, to powiedziałabym, że wolę nazwę urlop rodzicielski ;-)

Podejrzewam, że wśród moich Czytelników znajduje się co najmniej jedna osoba, która w tej chwili pomyślała: „A cóż tę kobietę, która twierdzi, że nie chce mieć dzieci, obchodzą urlopy rodzicielskie?”

Ano, obchodzą mnie.

Albowiem, zaprawdę powiadam wam, gdybym teraz szukała pracy, to mój potencjalny pracodawca patrzyłby na mnie z założeniem, że pragnę powić progeniturę, w związku z czym pójdę na urlop macierzyński, a on zostanie z problemem znalezienia kogoś, kto wykona robotę, do wykonania której ewentualnie by mnie zatrudnił.
Jeżeli ów pracodawca miałby do wyboru kandydata płci męskiej, który na taki urlop raczej nie pójdzie, nawet po spłodzeniu stada dzieci, to kogo by wybrał?
No, kogo?

A przecież istnieje prosty sposób na to, by w podobnym przypadku czynnik płci nie miał znaczenia – urlopy rodzicielskie zamiast macierzyńskich. Najlepiej obowiązkowe i „pół na pół” [w sensie: połowę wymiaru urlopu wykorzystuje matka, a połowę ojciec].
O zaistnieniu takiego cudu w naszym zaścianku nie śmiem nawet marzyć, więc ograniczam się do marzeń o rozwiązaniu, które przetestowano w Szwecji – oprócz części urlopu, który teoretycznie jest do podziału między oboje rodziców (ale jedno może się zrzec swojej części na rzecz drugiego), ojciec i matka dostają po dwa dodatkowe miesiące urlopu i jeśli np. ojciec swoich dwóch miesięcy nie wykorzysta, to one przepadają, a z nimi odpowiedni zasiłek.
Rozwiązanie dalekie od ideału, ale na początek może być.
Oczywiście wątpię by rządzące u nas oszołomy, nazywające pracujące kobiety kaszalotami, wprowadziły podobne przepisy, ale liczę, że UE nam je narzuci.
Optowałabym jednak za zapisem, że urlop tacierzyński jest OBOWIĄZKOWY gdyż w przeciwnym wypadku nawet ci ojcowie, którzy na taki urlop chętnie by poszli, będą przez swoich pracodawców zmuszani do rezygnacji z tego prawa.

A gdyby mi jakaś kobieta płakała w mankiet, żeby nie skracać jej urlopu macierzyńskiego na rzecz małżonka i jego urlopu tacierzyńskiego, bo on się dzieckiem nie zajmie, tylko wykorzysta ten czas na swoje rozrywki, to powiedziałabym:
„Sorry, Winnetou, WIDZIAŁY GAŁY CO BRAŁY!”

Z tego samego powodu wszystkie publikacje, których autorzy – ewidentni przeciwnicy urlopów tacierzyńskich lub/i zwolennicy konfabulacji o nazwie „tradycyjny podział ról” – twierdzą, że Szwedzi swoich urlopów nie spędzają z dziećmi tylko wykorzystują je np. na polowania, kwituję wzruszeniem ramion.
Mnie naprawdę nie obchodzi to, jak ludzie układają sobie życie rodzinne. Zakładam, że jeśli kobieta żyje jak męczennica i zapierdala na czterech etatach [praca zawodowa, zaopatrzenie, zajęcia domowe, usługi seksualne], to taki jest jej wybór i nic mi do tego.

A jeśli jedynym sposobem na to, bym w procesie rekrutacji do pracy miała równe [no, trochę RÓWNIEJSZE] szanse z facetami, jest opłacenie z moich podatków wczasów dla bezużytecznych dzieciorobów, to trudno, płacę.
Zysk przewyższa koszty.

piątek, 18 czerwca 2010

nierówność płciowa w… przedszkolu?

Przeżyłam jeden z największych szoków w kontakcie z polskim szkolnictwem
[a myślałam, że w tym temacie nic mnie już nie zaskoczy!]
podczas… odwiedzin u znajomej, która z zawodu jest przedszkolanką.

Zamiast powitania usłyszałam: „Dobrze, że jesteś. Powiedz mi, jak mam to policzyć?” i pod nos podetknięto mi tabelkę, wypełnioną liczbami dodatnimi i ujemnymi, a zasadniczy problem można ująć w słowach: ile to jest 23-(-13)? Najpierw odruchowo odpowiedziałam, a potem zaciekawiłam się kwestią, czy w przedszkolu zaczęto nauczać działań na liczbach ujemnych.
Okazało się, że nie zaczęto, tylko koleżanka była zajęta dokonywaniem oceny gotowości szkolnej swoich podopiecznych, a ponieważ metoda oceniania wydała mi się dziwna i głupio przekombinowana, to poprosiłam o wyjaśnienia.
I nawet zrozumiałam o co biega.

Jednak prawdziwy szok był wciąż przede mną. Nastąpił w chwili, w której spojrzałam na tabelki zawierające przyporządkowanie uzyskanym przez dzieci punktom stopni gotowości
[używa się trzech ocen wyrażonych słowami: wysoki, średni i niski albo dwóch: zgodny z oczekiwaniami i niższy od oczekiwanego]
i zobaczyłam, że od chłopców wymaga się mniej niż od dziewczynek.

Spojrzałam drugi raz i nadal widziałam to samo: chłopcy otrzymują wyższe oceny od dziewczynek, mając mniej punktów. Różnica może i nie jest duża, ale JEST.

Od razu przypomniał mi się dowcip-zagadka treści następującej:
- Jak nazywa się kobietę, która pracuje tak samo ciężko jak mężczyzna?
Odpowiedź brzmi: leniwa suka.

Przyjrzałam się zatem dokładniej ocenianym umiejętnościom i powiedzmy, że nawet mogę się zgodzić na różnice w punktacji przy ocenianiu sprawności motorycznej – nie jestem biologiem, ale tak długo wmawiano mi biologiczne różnice między płciami, że w nie uwierzyłam ;-)
Nie rozumiem jednak, dlaczego mniej się wymaga od chłopców jeśli chodzi np. o samodzielność czy niekonfliktowość?
Czy ministerstwo oświaty chce „produkować” wojowniczych maminsynków…?

Niech mi to ktoś wytłumaczy, BŁAGAM.

czwartek, 17 czerwca 2010

a na tego pana NIE GŁOSUJEMY! nie, nie, nie!

Tytułowy pan nazywa się Komorowski i gada bzdury jak mało który!
[oczywiście, z wyłączeniem polityków - w odniesieniu do nich bredzi co najmniej jak co drugi, przy założeniu, że połowa to niemowy ;-)]

Dlaczego NIE GŁOSUJEMY na Komorowskiego wyjaśnia Kinga Dunin.
[Kocham Kingę Dunin! Jeśli kiedyś będę umiała z taką precyzją, jak ona, zamieniać myśli na słowo pisane, to... aż nie wiem jak to uczczę! ;-) ale na pewno JAKOŚ]


Dlaczego NIE GŁOSUJEMY na Kaczyńskiego nikomu nie muszę wyjaśniać, mam nadzieję.


Dlaczego bierzemy udział w wyborach, nawet jeśli nie mamy na kogo zagłosować, też chyba wszyscy wiedzą?
[Np. po to, żeby politycy wzięli się wreszcie do roboty, zamiast pie...ć, że społeczeństwo nie interesuje się polityką, o czym ma niby świadczyć niska frekwencja]


Co robimy z kartą do głosowania, jeżeli nie mamy na kogo zagłosować?
Oddajemy głos "nieważny" [np. skreślamy wszystkich] i piszemy wielkimi literami:
"aalaaskaa na królową!"
;-)


ps

A co robimy z kartą do głosowania, jeżeli mamy na kogo zagłosować?
Stawiamy krzyżyk obok wybranego kandydata w taki sposób, żeby miejsce przecięcia znajdowało się wewnątrz odpowiedniej kratki, bo inaczej nasz głos będzie nieważny.
Serio.
Żadnych innych znaczków niż "X" czy "+" [odpowiednio "wycelowanych"] się nie uznaje.
NAPRAWDĘ.

niedziela, 23 maja 2010

na fali

Kiedy oglądam w tivi zalane wsie i miasta, to dominującym odczuciem, rejestrowanym w pierwszej kolejności, jest wqrw. Mam ochotę pourywać łby wszystkim decydentom, odpowiadającym za to, że tak mało robi się w sprawie regulacji naszych rzek i budowy zbiorników retencyjnych.
Co roku ten sam kontredans (z deptaniem po palcach): zwalanie odpowiedzialności na innych i drenowanie budżetu poprzez wypłaty odszkodowań, w obawie, że jak odszkodowań nie będzie, to partia nie będzie miała szans w kolejnych wyborach.

Nie mam nic przeciwko pomocy dla osób, które spotyka tragedia, ale – IMO – powinno to wyglądać zupełnie inaczej. Przede wszystkim, nikt z poszkodowanych nie powinien oczekiwać pieniędzy od tzw. państwa, ale od firm ubezpieczeniowych i – ewentualnie – fundacji. Rolą państwa w podobnych przypadkach powinno być zapewnienie sprawnej, wręcz doskonałej, działalności/organizacji służb porządkowych oraz wprowadzenie takich przepisów, które wymuszałyby na ubezpieczycielach natychmiastową wypłatę odszkodowań, a fundacjom zapewniły odpowiednią przestrzeń do samarytańskiej działalności. IMHO państwo mogłoby co najwyżej udzielać poszkodowanym krótkoterminowych pożyczek – niechby nawet bez oprocentowania – do czasu uzyskania przez nich odszkodowań lub/i dotacji/datków.

Nie wiem na ile „łatwo mi tak mówić, bo nie zalało mi domu”, ale sądzę, że niewiele osób protestowałoby przeciwko takim rozwiązaniom, gdyby państwo NAPRAWDĘ zatroszczyło się o zminimalizowanie zagrożenia powodziowego.



W temacie tegoroczna powódź poruszyła mnie też kwestia studentów, który wyciągnęli kajaki, materace i cholera wie co jeszcze i żeglowali po zalanych ulicach pod banderą w postaci Jolly Rogera.
Ściśle rzecz biorąc zadumałam się nie tyle nad postępowaniem studentów, co nad stanem ducha i umysłu osób komentujących ich zachowanie.

To niedowiary ile osób w każdym zjawisku szuka tylko jednego: pretekstu by POTĘPIAĆ oraz ilu jest takich, którzy chcieliby zmusić innych do takiego samego postrzegania świata, jakie mają oni sami.

To prawda, że w powodzi nie ma nic zabawnego, ale dlaczego fakt, że studenci pływali po zalanych ulicach i mieli z tego ubaw, miałby świadczyć o tym, że brak im empatii i współczucia dla osób, które straciły w tych dniach swój dobytek?
Prawdopodobnie wszyscy uznajemy śmierć za coś znacznie tragiczniejszego od utraty majątku, a przecież zawsze kiedy się śmiejemy albo/i rewelacyjnie bawimy – gdzieś indziej ktoś umiera albo trwa jakiś pogrzeb. Gdyby „potępiacze” chcieli być konsekwentni, to powinni 24 godziny na dobę rozpaczać. Jakoś nie sądzę, że to robią.

Ubawił mnie też fakt, że kiedy już owi komentatorzy nie mieli innego pomysłu na dokopanie studentom, to nazywali ich debilami, bo narażali swoje zdrowie na szwank w kontakcie z brudną powodziową wodą.
Nie wiem jak teraz wyglądają warunki oferowane przez akademiki, ale nie sądzę, żeby od „moich czasów” poprawiły się na tyle, żeby przebywanie w nich nie było narażaniem zdrowia, więc osobom „martwiącym się” o stan zdrowia studentów mogę powiedzieć tylko jedno: martwcie się przez cały rok akademicki, a nie przez te kilka dni.
A jeszcze lepiej puknijcie się w czoło. Choćby wiosłem [aczkolwiek polecam wam młotek].

piątek, 16 kwietnia 2010

oj, Kraków, Kraków, przecudne mieście, dziwuje ci się wieś, okolica…

Motto:
Całe nasze życie jest jak kamień rzucony w wodę.
Nigdy nie wiemy, jakie kręgi zatoczymy naszym upadkiem,
czyją śmierć spowodujemy i kogo uzdrowimy.
Ile niepokoju wzniecimy dokoła siebie,
ile katarakt zdejmiemy ze ślepych rzek.

[Roman Brandstaetter]


Tyle osób zabrania mi [nie, żeby osobiście, ale zawsze] dyskutowania o wyborze Wawelu jako miejsca spoczynku Marii i Lecha Kaczyńskich, że mój przekorny duch stwierdził:
A właśnie, że nie! Ja się zakneblować nie dam!
I oto macie przed oczami skutek tego sprzeciwu.

Zacznę od przypomnienia moich wyobrażeń na temat mojego własnego idealnego pogrzebu. Chcę, mianowicie, żeby moje zwłoki zostały spalone, a prochy rozsypane.
Tylko tyle.
Jakiś czas temu spodobała mi się również technologia opracowana przez Susanne Wiigh-Mäsak, którą rozważam jako alternatywną. Pochówek według jej pomysłu przebiega następująco: zwłoki są zamrażane i zanurzane na jakiś czas w ciekłym azocie (temp. ok. –192 stopni), co sprawia, że ciało staje się kruche, a następnie trafiają do wibrującej wytrząsarki, gdzie rozpadają się na pył. Z owego pyłu za pomocą magnesów wyodrębnia się metalowe elementy (np. endoprotezy czy plomby stomatologiczne), a pozostałe szczątki pakuje się do biodegrowalnego pojemnika i… voila! mamy nawóz, którym można sprawić przyjemność jakiejś roślinie.

Jednym z największych rozczarowań w moim życiu było uzyskanie informacji, że w Polsce nie wolno rozsypywać ludzkich prochów. Jednak nadzieja na spełnienie mojej tzw. ostatniej prośby powróciła w ubiegłym roku, kiedy Główny Inspektorat Sanitarny rozpoczął prace nad ustawą dopuszczająca tzw. alternatywne formy pochówku. Zobaczymy tylko czy doczekam uchwalenia jej…
Ale ja nie o tym, nieprawdaż.

Chyba rozumiecie, że skoro nie zależy mi na tym, żeby istniało konkretne miejsce złożenia moich własnych zwłok, a nawet wprost przeciwnie, zależy mi na tym, by takiego miejsca nie było, to na spory dotyczące miejsca pochowania kogoś innego mogę patrzeć tylko z abstrakcyjnym zainteresowaniem.
Nawet jeśli mówimy o zwłokach prezydenta mojego kraju.

Czuję się trochę tak, jakbym oglądała jakieś dziwaczne rytuały innej/obcej cywilizacji.
Chociaż tego typu spory nad trumnami znanych Polaków można już niemal zaliczyć do stałego elementu polskiej kultury… Oj! Słabo to słowo pasuje do podobnych zachowań, wyjątkowo słabo, więc powiedzmy, że chodzi o nasz narodowy folklor.
[1. tekst przypominający]
[2. tekst przypominający]

Jest jeden powód, dla którego uważam, że do toczonej obecnie dyskusji może się włączyć każdy i nikt nie ma prawa nikogo uciszać. Chodzi o to, że osoby, które podjęły decyzję budzącą obecnie tyle emocji, dobitnie udowodniły swoim zachowaniem, że miały świadomość, iż podejmują decyzję wysoce kontrowersyjną – to dlatego tak długo nikt nie chciał się przyznać do jej podjęcia. Zresztą do tej pory nikt się nie przyznał – decydentów znamy [domyślamy się?] tylko dlatego, że wszyscy pozostali stanowczo odcięli się od odpowiedzialności za jej podjęcie.

Zgłaszam też stanowczy sprzeciw przeciwko sofistyce, którą serwują nam środowiska związane z PiS oraz ludzie, którym nagle zmienił się sposób widzenia kolorów. Mam ochotę rzygać, kiedy słyszę texty w stylu: „To prawda, nie pytaliśmy nikogo o zdanie i sami podjęliśmy decyzję, z pełną świadomością jej kontrowersyjności, ale nie protestujcie przeciwko niej, bo źle wypadniemy w oczach reszty świata. A za to złe wrażenie wy będziecie odpowiedzialni, bo przecież nie my. My jesteśmy cacy.” [RZYG]
Rozumiem, że niemal wszyscy słyszeliśmy w dzieciństwie text „bądź mądrzejszy i ustąp” tyle razy, że zatraciliśmy zdolność dostrzegania jego absurdalności, ale wydaje mi się, że w życiu każdego myślącego człowieka następuje chwila, w której zadaje sobie pytanie, jak będzie wyglądał świat, w którym mądry zawsze ustąpi głupiemu. Po przeżyciu tej chwili tylko osoby wybitnie cyniczne wracają do podobnych sofizmatów. I tyle w tej kwestii.

A jeśli chodzi o to, jakie zdanie będzie miał o nas ów „świat”, obserwujący i komentujący spór o miejsce pochówku naszej pary prezydenckiej, to spójrzcie na margines mojego bloga, mam tam cytat, z którym w 100% się zgadzam:
Lepiej być znienawidzonym za to, kim się jest, niż kochanym za to, kim się nie jest.
I tyle w tej kwestii.

Jeśli natomiast chodzi o argument podnoszony przez przeciwników pochowania państwa Kaczyńskich na Wawelu, a dotyczący braku zasług, którymi rzekomo trzeba się wykazać, żeby zasłużyć na ów zaszczyt, to… Nie wiedziałam, że mamy w tym kraju tylu wyrywnych do sądzenia żywych i umarłych.
Co wcale nie znaczy, że takie osoby potępiam, wręcz przeciwnie, jestem za tym, żeby białe nazywać białym, a różowe różowym. Tylko nie wolno przy tym zapominać, że dopóki nie mówimy o rzeczach NAPRAWDĘ WAŻNYCH, każdy ma prawo do innego widzenia odcieni barw.
Miejsce złożenia jakichkolwiek zwłok nie należy do zjawisk NAPRAWDĘ WAŻNCH – przynajmniej dopóki nie buduje się dla nich, za publiczne pieniądze, prywatnych cmentarzy, piramid, mauzoleów czy innych tadżmahalów i dopóki nie mówimy o ukrywaniu ciał przez morderców. Howgh!

Pomyślcie o tym, że choćbym nie wiem jakimi zasługami wykazała się przed śmiercią – nie wolno będzie rozsypać moich prochów w Bieszczadach, jeśli GIS nie zmieni ustawy.
I to jest prawdziwa tragedia, do której pochowanie kogoś w jakimś tam kościele nie ma startu. I tyle na ten temat.

Ciekawa jest w tej sprawie jeszcze jedna kwestia, a mianowicie…
Do kogo należą zwłoki?
Czy w chwili śmierci tracimy prawo własności do własnego ciała?

Na moje zapowiedzi, że „w razie jakby co” mam zostać spalona i – w miarę możliwości – rozsypana [zatopiona w morzu być nie chcę, choć to akurat wolno robić nawet teraz], moja rodzina reaguje w taki sposób, że poważnie wątpię w to, że spełniliby moją prośbę. Nie pomagają nawet groźby, że będę ich straszyć. A to jest naprawdę frustrujące!

Dlatego też w całej tej sprawie – IMO – najważniejszym pytaniem jest:
Czego życzyliby sobie państwo Kaczyńscy?

Decyzję o miejscu pochówku podjęła rodzina, a więc osoby, które zmarłych znały najlepiej i – mam nadzieję – szanowały na tyle, żeby uwzględnić ich wolę podczas planowania pogrzebu.
Jeśli było inaczej…

Współczuję.


I tyle na ten temat.




ps
Zamiast rozmyślać o głupotach, pomyślmy lepiej o tym, co zrobić, żeby nie należeć do tych, o których Magdalena Samozwaniec napisała, że odnajdują miejsce na ziemi dopiero po swoim pogrzebie.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

znów żałoba

Tyle razy pisałam o ogłaszanych w naszym kraju żałobach narodowych, że czuję się zobowiązana do napisania i tym razem. A że tym razem nie mam żadnych zastrzeżeń ani do zasadności jej ogłoszenia, ani do długości jej trwania, więc właściwie mogłabym na stwierdzeniu tego faktu poprzestać.
Mogłabym też pójść za lansowanym przez media przykładem i uderzyć w megapatetyczny ton albo pójść tropem niektórych komentarzy internetowych i snuć teorie spiskowe… ale nie mam na to ochoty.
Pozostanę więc sobą.
Kimś kto nie udaje uczuć tylko dlatego, że ktoś inny [nawet jeśli jest to tzw. WIĘKSZOŚĆ] twierdzi, że w danej sytuacji należy czuć to czy tamto. Kimś, kto nie potrafi udawać, że jednakowo lubi wszystkich ludzi. Kimś, kto przyznaje sobie prawo do lubienia jednych i nie lubienia innych na podstawie własnych kryteriów, a nawet do niekonsekwentnego stosowania owych kryteriów. Kimś, kto nie uznaje, że ludziom coś się „należy” tylko dlatego, że się urodzili ludźmi bądź dlatego, że umarli, nawet jeśli ich śmierć była tragiczna…
Notabene, która/czyja śmierć nie jest tragiczna?

Jestem przekonana — dopuszczam możliwość, że niesłusznie [aczkolwiek nie wyobrażam sobie sposobu wykazania mi ewentualnej pomyłki] — że tylko ci, którzy żadnej pasażerki ani żadnego pasażera tego feralnego samolotu nie darzyli SPECJALNYM szacunkiem, mogą z czystym sumieniem twierdzić, że z takim samym smutkiem przeżywają odejście każdej z ofiar tego wypadku.
Jednak mnie w szczególny sposób będzie brakowało
pani Jolanty Szymanek-Deresz
oraz
pani Izabeli Jarugi-Nowackiej,
które swoją obecnością w życiu publicznym, a ściślej rzecz ujmując JAKOŚCIĄ tej obecności zasłużyły — przynajmniej w moim mniemaniu — na szczególne uznanie.
A gdybym teraz udawała, że wiadomość o tym, że były na pokładzie tego samolotu przyjęłam tak samo, jak informacje o innych osobach, to byłabym hipokrytką.

Nie byłabym też sobą, gdybym nie odniosła się do powtarzanych powszechnie lub/i szczególnie denerwujących swoją absurdalnością stwierdzeń, więc to zrobię.

Od pierwszej niemal chwili irytuje mnie powtarzanie, że zginęła elita [w niektórych wypowiedziach „większość elity”] naszego kraju.
Ludzie! Czy naprawdę elitę kraju liczącego prawie 40mln mieszkańców da się zamknąć w jednym samolocie? Naprawdę tak mało w naszym kraju OSOBISTOŚCI?
Nie wiem jak wy, ale ja w żaden sposób nie potrafię traktować podobnych wypowiedzi jako wyrazu szacunku dla ofiar wypadku – w moich uszach brzmi to TYLKO jak obelga dla żyjących.
To samo odnosi się do analogicznych wypowiedzi zawierających zwrot „kwiat polskiej inteligencji”...
Tak, zginęli przedstawiciele elity naszego kraju, tak, byli wśród nich przedstawiciele inteligencji, ale ZNAJMY MIARĘ!
Nawet w takiej chwili.
Szczególnie w takiej chwili.

Niemal natychmiast pojawiły się też teorie spiskowe, których propagatorzy oskarżają Rosjan o celowe spowodowanie tej katastrofy. A ja nie mogę się nadziwić, jakim torem biegną myśli osób, gotowych wymyślić coś takiego…?
Czyż nie wystarczy tylko odrobina wyobraźni, żeby zrozumieć, że dla Rosjan ten wypadek jest wyjątkowo NIEFORTUNNY (słowo zastępcze, gdyż zabrakło mi odpowiedniego, żeby adekwatnie nazwać stan rzeczy). Podejrzewam wręcz, że gdyby mogli za tę cenę cofnąć katastrofę pod Smoleńskiem, to byliby gotowi ujawnić w tym celu najbardziej utajnione archiwa dotyczące zbrodni katyńskiej. Albo za darmo dostarczać nam gaz przez dekadę...
Nie wiem, co Rosjanie gotowi są zrobić, żeby nikt ich nie obwiniał o przyczynienie się do tej katastrofy, ale myśl o zaplanowanym spisku KGB wydaje mi się niedorzeczna.
Mam nadzieję, że nie jest to objawem mojej naiwności.

Na koniec muszę, naprawdę MUSZĘ, wspomnieć o jeszcze jednym zjawisku, które budzi moje negatywne uczucia, aczkolwiek nie można w tym przypadku mówić o irytacji. Chodzi raczej o skrzyżowanie czegoś w rodzaju zdumienia, smutku, żalu i poczucia, że nie spełniono ostatniego życzenia zmarłego, chociaż to ostatnie życzenie jest tylko i wyłącznie moim wymysłem.
Mam tutaj na myśli sprowadzenie do kraju zwłok Prezydenta, a pozostawienie w Rosji ciała Pierwszej Damy.
Naprawdę rozumiem różne względy polityczne oraz uwzględniam w swoich rozważaniach fakt, że zwłoki pani Marii Kaczyńskiej nie zostały jeszcze zidentyfikowane i być może trzeba będzie jeszcze na ich identyfikację poczekać…
ALE
Jedną z – nie ukrywajmy tego – niewielu cech, które naprawdę ceniłam w ś.p. Lechu Kaczyńskim było to, że nie ukrywał przywiązania i szacunku dla swojej małżonki. Dlatego też jestem niemal pewna, że gdyby to on podejmował decyzję w tej sprawie, to po tych 32 latach małżeńskiego pożycia, niezwykle udanego, jak się wydaje, nie chciałby zostawić żony SAMEJ na obcej ziemi.
Czuję jakąś niezwykłą i niepojętą dla mojego tzw. zdrowego rozsądku PRZYKROŚĆ na myśl, że prezydencką parę w ten sposób ROZDZIELONO.


Oczywiście żadne z opisanych wyżej uczuć nie dorównuje intensywnością temu przerażeniu, które czuję na myśl o tym, jaką OKROPNĄ śmiercią zginęli pasażerowie tego samolotu. I ogromowi mojego współczucia dla rodzin ofiar tej tragedii, ze szczególnym uwzględnieniem rodzin i bliskich przedstawicieli rodzin katyńskich, którzy zginęli w miejscu budzącym tak bolesne skojarzenia.


Mam nadzieję, że uda nam się przetrwać czas ogłoszonej żałoby z godnością, której nie stracimy po jej zakończeniu.

sobota, 20 lutego 2010

społeczeństwo wojujące... tylko (p)o co?

Czytając „Żmiję” Andrzeja Sapkowskiego najdłużej zatrzymałam się na fragmencie mówiącym o powrocie żołnierzy, którzy przeżyli wojnę w Afganistanie, do domów. Do żon, które nie dotrzymały małżeńskich przysiąg i tylko czekają na pretekst, żeby odejść. Do społeczeństwa, które „zachowało się(...) niemal identycznie jak żony(...) i dumnie wyparło się własnego kurestwa”.

Po przeczytaniu textu:
Nagle okazało się, że wszystkiemu, absolutnie wszystkiemu winni są ci dziwni, opaleni na brąz chłopcy o oczach starców, noszący na piersi ordery(...), medale(...) Chłopcy oszpeceni, chłopcy niewidomi, chłopcy bez rąk, chłopcy o kulach, chłopcy na wózkach. To oni są wszystkiemu winni i dobrze im tak. Powinni przeprosić. Powinni się pokajać. Powinni przysiąc, że już nigdy więcej. A my społeczeństwo, odrzucimy te ich przeprosiny i kajania, my nie wybaczymy. My skażemy. Najpierw na pręgierz. Potem na zapomnienie.
pomyślałam, że nie dotyczy tylko rosyjskich weteranów z Afganistanu, ale wszystkich uczestników wojen. Najpierw wydawało mi się, że taki los spotyka tylko walczących po stronie przegranych albo po stronie, która nie zdobyła tego, o co walczyła – tutaj ze szczególną ostrością przypomniał mi się film „Urodzony czwartego lipca” – ale potem zmieniłam zdanie. Uświadomiłam sobie, że nawet o bohaterach wojen obronnych pamiętamy – my, społeczeństwo – tylko od czasu do czasu, z okazji jakichś patriotycznych świąt, ale wystarczy pomyśleć np. o informacji, która niedawno obiegła wszystkie media, że Żołnierze Armii Krajowej, powstańcy warszawscy, którzy narażali swoje życie dla Ojczyzny podczas II wojny światowej nie mają prawa do refundacji leków, aby zrozumieć, że na co dzień mamy tych, którzy za nas walczyli w głębokim... zapomnieniu.

Inna rzecz, że dotyczy to wszystkich bohaterów – nie tylko tych, którzy walczyli zbrojnie, ale i dzielnych strażaków, policjantów, ratowników itede oraz przypadkowych ludzi, których (wy)czynami zachwycamy się pięć minut, a potem mamy ich w nosie.

Uczestnicy przegranych lub wątpliwych moralnie batalii mają o tyle gorzej, że nie zostawiamy ich w spokoju, ale POTĘPIAMY.

Moja kuzynka chodzi z zawodowym żołnierzem, który uczestniczył w jednej z misji w Iraku. Każdy, kto o tym usłyszy, zaczyna dziwnie mu się przyglądać. Zaczyna się zastanawiać/pytać czy spotkało go coś strasznego albo czy on zrobił tam coś złego...
I każdy pyta, dlaczego on tam pojechał - jakoś nikt nie zakłada, że kierował się patriotyzmem czy jakimś rodzajem poczucia obowiązku.
I słusznie. Bo on sam twierdzi, że pojechał tam dla KASY.
Czy go za tę motywację potępiam?
Ja, która jestem przeciwna wysyłaniu naszych żołnierzy na misje militarne gdziekolwiek poza granice naszego kraju...?
Nie.
Ten chłopak pochodzi z niepełnej rodziny, aczkolwiek pełnej alkoholików, niewiele się nim zajmowano w dzieciństwie, a w szczególności nikt nie przejmował się jego wykształceniem – nie dano mu zbyt szerokiego wyboru, więc korzystał z nadarzających się okazji.
A kto odpowiada za to, że właśnie takie okazje mu się nadarzały?
Rząd?
A może my wszyscy, którzy siedzimy cicho i potulnie zgadzamy się na to, żeby mówiono, że POLACY (czyli również ja i ty) gdzieś tam w świecie zabijają ludzi?


ps

Wydaje ci się, że ty nie popatrzył(a)byś dziwnie na żołnierza, który wrócił z misji wojskowej?
Pamiętam, że miałam kiedyś podobne złudzenie...

środa, 17 lutego 2010

niezwykle duża wara i niezwykle bogate men

Rozpusta szkodzi na różne, czasem naprawdę zaskakujące, sposoby.
Na ten przykład ja obudziłam się dzisiaj z nieswoją wargą.
Zaanektował ją OBCY. W postaci opryszczki.
A szukając informacji na temat skutecznej obrony dowiedziałam się, że wirusa opryszczki może uaktywnić spożywanie pokarmów bogatych w argininę (taki aminokwas) czyli np. czekolady, coli, piwa, orzeszków ziemnych... Akurat ostatnio spożywałam wszystkie wymienione w ilościach, które nie są dla mnie czymś normalnym, więc serdecznie dziękuję za natychmiastową reakcję karcącą. Naprawdę super, że Wszechświat tak mnie pilnuje. Czuję się doprawdy dopieszczona...
Qrwa mać!!!

Aby oderwać myśli od wargi – siedzem i dumiem.

Na przykład o bogactwie naszego kraju, objawiającym się tym, że ministerstwo odpowiedzialne za oświatę stać na opłacenie kryptoreklamy przedszkoli w serialach.
48 tys. PLN x 5 odcinków „M jak miłość”
27 tys. PLN x 16 odcinków „Plebanii”
30 tys. PLN x 2 odcinki „Barw szczęścia”
= 732 tys. PLN wyrzucone w błoto.
ALE na coś takiego przeznaczono NA PEWNO nadwyżki, a nie pieniądze, które można byłoby wykorzystać sensowniej, prawda?
Ewidentnie nasze szkolnictwo ma już WSZYSTKO i dlatego rząd nie wydaje pieniędzy na poprawę warunków w szkołach, zwiększenie liczby przedszkoli itepe itede tylko na (wątpliwej jakości) rozrywki.
A jeśli tak nie jest, to sądzę, że rozpustę ministerstwa należy ukarać. Nie wiem tylko czy odpowiednia będzie opryszczka, czy rozliczenie podczas następnych wyborów.
Jak sądzicie?

wtorek, 24 listopada 2009

...a Ty już to zrobiłaś/zrobiłeś?


Czy już podpisałaś/podpisałeś się pod projektem ustawy o wprowadzeniu parytetów płci na listach wyborczych, przygotowanym przez Kongres Kobiet Polskich?

Jeżeli nie, to... wstydź się!

Dlaczego potrzebne są parytety i jak ich bronić? – kliknij i przeczytaj.



Czy wiesz, że Ty również możesz się włączyć w akcję zbierania podpisów?
I że nie wymaga to od Ciebie prawie żadnego wysiłku?
Wystarczy pobrać formularz i treść projektu ustawy – np. STĄD – i poprosić o podpisy swoich znajomych, a następnie wysłać formularz na podany adres... ŁATWIZNA!


A każdy podpis jest na wagę złota!





ps
Moja fantazja na ten temat:
Pan, pracujący w jakimś totalnie zmaskulinizowanym środowisku, wkracza do swojego ZAKŁADU i prosi kolegów z pracy o podpisy pod tym projektem...


ps 2
Moi koledzy podpisali.

poniedziałek, 28 września 2009

lepsze państwo? – tylko z aalaaskąą :-)


Wpadłam dziś na kolejny pomysł racjonalizatorski, którego wdrożenie – IMO – usprawniłby i podniosło jakość naszego państwa.
Jak wszystkie GENIALNE (skromnie mówiąc) pomysły, ten też jest OCZYWISTY.

Zanim jednak przejdę do sedna, zapytam, czy zgadzacie się ze mną, że bardziej szanujemy to, za co zapłaciliśmy bezpośrednio, prosto z własnego portfela?

I większy wysiłek wkładamy w realizację zadań, których konsekwencją mogą być straty finansowe, prawda?

A więc jedyny sensowny sposób na przeprowadzanie wyborów (np. parlamentarnych czy prezydenckich), do których wyborcy podejdą poważnie, MUSI zakładać wprowadzenie opłat za możliwość oddania głosu.

I – żeby była jasność – nie chodzi o jakieś kwoty zaporowe, które do wyborów dopuściłyby tylko ludzi zamożnych, ale o opłatę w wysokości umiarkowanej (ale nie symbolicznej).


Pomyślcie o tym chwilę, a na pewno przyznacie mi rację.

serio, serio


ps
Pomysł objawił mi się podczas rozmowy z groover
Thx groover :-)

wtorek, 22 września 2009

ręka w górę, kto się zastanawiał...

...czy po raz kolejny napiszę o kolejnym ogłoszeniu żałoby narodowej?


Napiszę.
Tylko na wejściu ustalmy, że nie ma potrzeby oskarżać mnie o brak serca, współczucia dla ofiar i ich rodzin oraz czegoś tam jeszcze, czego być może faktycznie nie mam, ale o braku czego na pewno nie można wnioskować na podstawie mojego stosunku do problemu ogłaszania żałoby narodowej.
Oczywiście, jeśli ktoś musi (bo inaczej się udusi) – niech oskarża. Na zdrowie.
Ale proszę przy tym pamiętać, że mój text ma naprawdę niewiele wspólnego z wypadkiem w kopalni Wujek, podobnie, jak niewiele wspólnego z tym wypadkiem ma ogłoszona i obchodzona właśnie żałoba. A że znikomość związku wypadek-żałoba wykazała już ta osoba, która żałobę odroczyła w czasie, żeby mogły odbyć się takie imprezy jak np. EuroBasket, Dożynki Prezydenckie w Spale czy chociażby Międzynarodowe Mistrzostwa Polski Weteranów (wymienione ze względu na zaje-ą nazwę), to ja już nie muszę.
Mam do powiedzenia/napisania tylko tyle, że jeśli wprowadzenie żałoby narodowej można dowolnie odraczać, to ja mam myśl racjonalizatorską (i domagam się patentu oraz gratyfikacji od państw, które również zechcą się zracjonalizować) – proponuję wprowadzenie jednego (lub trzech, jeśli to konieczne) dnia w roku specjalnie na obchody żałoby narodowej.
A zjawiska godne podobnej celebry niech naród sam sobie wybiera.
Na przykład poprzez audiotele.

niedziela, 20 września 2009

remanent w różowościach


Któregoś pięknego dnia, niedawno, spojrzałam na różowe wstawki na „marginesie” i poczułam, że w tej [tj. tamtej] chwili, NATYCHMIAST, muszę usunąć wiersz Piotra Macierzyńskiego.
Pamiętacie?
Tak? No to Wam przypomnę:

* * *
podobno 20% Polaków
nie rozumie tego co czyta

chuj z nimi


Dlaczego go usunęłam?
Bo z całą jaskrawością uświadomiłam sobie, że żyjemy w najgłupszym z możliwych systemów – choć lepszego chyba nie ma – a mianowicie w demokracji, w której decyduje większość, a nie JAKOŚĆ.
Zważywszy mnogość wyborów, z łatwością mogę sobie wyobrazić, że tą decydującą większość utworzą ci, którzy nie rozumieją nie tylko tego, co czytają, ale i tego, co się dzieje wokół nich.
I właśnie oni urządzą mi świat.

A im dokładniej przyglądam się rzeczywistości dookoła, tym częściej zadaję sobie pytanie, czy to już aby nie nastąpiło.

Chciałabym móc stwierdzić, że mnie to nie dotyczy.
Chciałabym powiedzieć:
chuj z nimi
i pójść swoją drogą.
Ale trochę się boję.

A mój strach rośnie, kiedy przyglądam się pokoleniu, które nas tutaj zastąpi.
Zostali nabici w butelkę już na starcie – większością z nich nie interesują się ani rodzice, ani żadna instytucja, która powstała w tym celu, żeby się interesować.

Wiecie co mi ostatnio uświadomiły dzieciaki mojego brata?
Że zajęcia informatyczne w podstawówce i w gimnazjum uczniowie tych szkół mają tylko przez dwa lata i tylko raz w tygodniu, a religię - począwszy od przedszkola, a skończywszy na szkole średniej - dwa razy w tygodniu...

I jak tu powiedzieć:
chuj z nimi?

Na wojnę w Afganistanie natychmiast znalazły się pieniądze, a na to, żeby dzieciakom zapewnić lepszą edukację – nie.

Dlaczego na to pozwalamy?


A może puenta powinna brzmieć:
Skoro na to pozwalamy, to... chuj z nami!
?




ps

Pana Piotra i jego twórczość nadal lubię

środa, 15 kwietnia 2009

żałobniczka mimo woli


Czy ja muszę pisać, że kiedy niemiłościwie nam panujący prezydent po raz kolejny w nieuzasadnionych okolicznościach ogłosił trzydniową żałobę narodową, to mnie po raz kolejny opadły ręce, czy jest to już oczywista oczywistość?
A żeby nie było, że jadę po prezydencie, bo go nie lubię (aczkolwiek to, że go nie lubię jest najprawdziwszą prawdą), dodam jeszcze, że na rozporządzeniu prezydenta, wprowadzającym żałobę narodową, musi być kontrasygnata premiera i nasz równie niemiłosiernie panujący Donaldu Tusku takową złożył. I nawet nie próbował ograniczyć tej żałoby do jednego dnia (może bym wtedy siedziała cicho?), bo zbytnio martwił się o się o swój imidż i jest zbyt ciepłą kluchą, żeby coś takiego zrobić. I dodam tylko, że JA WIEDZIAŁAM, ŻE TAK BĘDZIE (aczkolwiek uparcie łudziłam się, że nie będzie).

Rzućmy okiem na ogłaszane ostatnio żałoby:
24 - 26 stycznia 2008 – po katastrofie lotniczej pod Mirosławcem, spowodowanej błędem pilota.
23 - 25 lipca 2007 – po katastrofie autokaru w Vizille we Francji, której przyczyną było nieprzestrzeganie przepisów przez kierowcę autokaru.
23 - 25 listopada 2006 – po katastrofie górniczej w kopalni Halemba, której winni byli chciwcy nieprzestrzegający przepisów bezpieczeństwa i fałszujący dokumenty.
29 stycznia – 1 lutego 2006 – po katastrofie budowlanej na Śląsku, spowodowanej przez nierzetelnych budowlańców, ograniczających za wszelką cenę koszty budowy.

Zdecydowanie wolałabym, żeby wybrańcy narodu zamiast ogłaszania trzydniowych żałob zrobili w końcu coś, co zapobiegałoby podobnym wypadkom w przyszłości.
Ale to ewidentnie zbyt zuchwałe marzenia...



ps
Biorąc przykład z rządzących, bezczelnie wykorzystam tę tragedię do... autopromocji.
Oto odsyłacz do jednego z moich starszych tekstów. Zachęcam do lektury.

sobota, 7 marca 2009

podziękowanie


Z drobnym opóźnieniem, ale super hiper extra serdecznie dziękuję osobie, która sprawiła mi w tym tygodniu największą przyjemność.
A było to tak:
Wróciłam zmachana z zakładu wysysania mojej twórczej energii, otworzyłam telewizor i natychmiast otrzymałam cios między oczy w postaci reklamy PiS-u. Przewodniczący tego ugrupowania usiłował mi wmówić, że zawsze odnosili sukcesy i że mają wspaniałych fachowców. A to wszystko częściowo za moje pieniądze, bo partie są finansowane z pieniędzy podatników...
Kiedy umilkł głos przewodniczącego usłyszałam:
„Ci ludzie są jak zły cholesterol w twoim organizmie...”

Kuracja śmiechem okazała się bardzo skuteczna :-)

Z całego serca dziękuję osobie, która zajmowała się ustalaniem kolejności emisji reklam i puściła je właśnie tak (nie powiem na jakim to było kanale, bo jeszcze wyleci z pracy) –
SERDECZNE BÓG ZAPŁAĆ :-)

środa, 27 sierpnia 2008

jednak blondynki rulez!


Stało się! Czekałam na to od dawna.
I w końcu znalazła się kobieta, która zdołała zaspokoić moje pragnienia. Ufff.
Dzięki, Monika!

Może trochę przesadzam, bo miałam ostatnio mały pożar w burdelu i nie miałam zbyt wiele czasu – i nie ukrywam, że również ochoty – na śledzenie mediów informujących o konflikcie między Gruzją i Rosją, ale żaden polski polityk ani żaden polski dziennikarz, którego ostatnio słyszałam/czytałam nie przypominał, że pierwszą armią, która podjęła działania militarne w Osetii Południowej, była armia gruzińska. Dopiero dzisiaj zrobiła to Monika Olejnik w programie Gość Radia ZET, w rozmowie z Witoldem Waszczykowskim.

Reakcja Waszczykowskiego to żenada nad żenadami – vide fragment rozmowy:

Monika Olejnik: To prawda, ale pierwszy krok zrobił prezydent Saakaszwili.
Witold Waszczykowski: Ja nie znam wszelkich szczegółów, wszystkich, mamy taki okres urlopowy i trzeba wrócić do biur zacząć analizować, studiować co, kto popełnił, jaki krok poczynił.

Ja chyba śnię, bo to przecież niemożliwe, że ten facet powiedział, że teraz zwyzywamy Rosjan od najgorszych, a dopiero potem – w bliżej nieokreślonej przyszłości – zastanowimy się czy mieliśmy do tego przesłanki.
Śnię, prawda?

Moje palce się buntują i nie chcą trafiać we właściwe klawisze kiedy to piszę (i – protestuję – piwo, czy tam dwa, nie ma tu nic do rzeczy! ;-)), ale fakt pozostaje faktem: najpierw wojska gruzińskie wkroczyły do Osetii, żeby "przywrócić konstytucyjny porządek", a dopiero potem do tej wojny włączyli się Rosjanie.

Nie lubię rosyjskiej polityki i rosyjskich ciągotek mocarstwowych. Nie znoszę tej ich manii wielkości i poczucia bezkarności, w którym zachodnia polityka tylko Rosjan utwierdza.
Dostaję globusa na myśl o tym, co nam zrobili w 1939r. i wścieklizny na myśl o Katyniu.
Ale ja nie jestem dyplomatką (i nie mam tu na myśli torebki tylko pracownika emeszetu), a mimo to wiem, że to Gruzja zaczęła działania militarne. I nie jest to fakt bez znaczenia.

Owszem, można podejrzewać, że Saakaszwili został sprowokowany. Ale jeśli tak było, to chyba jeszcze GORZEJ. Bo – zapytam wprost – czy za to, że jakiś prezydent jest nierozgarnięty, należy się rządzonemu przez niego państwu taryfa ulgowa...?
Jeśli tak, to...
...co my dostaniemy??? ;-)

Byłam niezwykle naiwna, bo wydawało mi się, że dyplomaci są po to, żeby ludzie tacy jak ja - z dużym poziomem uzasadnionych historycznie negatywnych emocji – nie psuli interesów z państwami, z którymi nie toczymy wojen.
I jeszcze po to, żebyśmy tych wojen NIGDY nie toczyli.
Okazuje się, że byłam w błędzie.

Albo – druga możliwość – że reprezentują mnie (i Was) DUPY, a nie dyplomaci.
Też na De, ale to jednak nie to samo.



Nie, nie mogę.
Nie mogę pisać na temat tego konfliktu i działań naszych polityków, bo mój wqrw osiąga dwunastkę w skali Beauforta.


Jeśli jednak czyta mnie jakiś zwolennik teorii spiskowych, to mam pewien ciekawy trop:
Saakaszwili kontaktował się z Kaczyńskim kilka godzin przed wkroczeniem wojsk gruzińskich do Osetii Południowej.
- Tego również dowiedziałam się dzisiaj od Moniki Olejnik.

Całą rozmowę z Waszczykowskim znajdziecie tutaj.

A dodam jeszcze, że Waszczykowski to jest ten facet, który był rządowym negocjatorem, ale zdradził swoich przełożonych i teraz (chyba w nagrodę) ma zostać zatrudniony w kancelarii prezydenta.


Im dłużej o tym wszystkim myślę, tym bardziej mam ochotę wyemigrować na K-PAX.
I powstrzymuje mnie tylko to, że oni tam nie mają prawdziwego seksu... ;-)