Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *frustracja egzystencjalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *frustracja egzystencjalna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Kobieto, kiedy możesz zacząć podejrzewać, że coś jest z tobą nie tak?

Kiedy odpryśnięty lakier zmywasz z paznokci terpentyną
- bo nie masz w domu zmywacza do paznokci, a terpentynę masz.

[...do wyboru miałam jeszcze rozpuszczalnik i spirytus...]

sobota, 12 sierpnia 2017

o (nie)wdzięczności...

Mój tzw. pionowy odkurzacz odmówił współpracy (nie chciał się włączyć), więc pokazałam go naszej rodzinnej złotej rączce, czyli bratu. Odkurzacz został wybebeszony, niedziałający element (mały przełącznik) zidentyfikowany, a ja stanęłam przed problemem: naprawiam czy kupuję nowy.
Doszłam do wniosku, że kupuję nowy.

Wybrałam model reklamowany jako pogromca zwierzęcej sierści i ze zdumieniem stwierdziłam, że jest on dostępny tylko w dwóch sklepach internetowych...
Trochę zwątpiłam w swój wybór 😈
...jednak perspektywa ponownego przeglądania tych wszystkich dostępnych na rynku odkurzaczy sprawiła, że postanowiłam go nie zmieniać.

Sklep wybrałam na chybił trafił (cena w obu była taka sama) i przystąpiłam do finalizowania zamówienia, a tu nagle... sam z siebie naliczony RABAT - 150 PLN.
OK. Nie odmówiłam 😉

I dopiero dzisiaj, po odebraniu paczki, uświadomiłam sobie, że Los słusznie może mieć do mnie pretensje - gdyby ktoś tak zareagował na niespodziewany prezent ode mnie, to... byłby to mój ostatni niespodziewany prezent dla tej osoby!

A więc, drogi Losie, przyjmij niniejszym wyrazy mojej wdzięczności i nie zapominaj o kolejnych takich niespodziankach w przyszłości 😀



sobota, 27 maja 2017

Utrata kontroli...

Napisał do mnie spam i przedstawił ofertę zakupów z rabatem.
Skorzystałam.
Po złożeniu zamówienia zaczęłam przeglądać historię zakupów.
Okazało się, że kilka tygodni temu kupiłam dokładnie takie same dżinsy.
Nie uwierzyłam.
Zrobiłam przegląd szafy.
Znalazłam te dżinsy. Nawet nie odcięłam od nich tych wszystkich kartoników...

 Borze zielony, jak ja żyję?



PS 
Czy powinno mnie pocieszyć, że przynajmniej gust mam stały...?


 

środa, 26 kwietnia 2017

taki tam... dylemacik

"Obecnie uczy się dzieci kochać swój kraj z wyłączeniem innych krajów, a spośród bohaterów narodowych uczy się je szczególnie podziwiać tych, którzy się wykazali największymi umiejętnościami w zabijaniu cudzoziemców"
napisał Bertrand Russell w swojej „Autobiografii 1944-1967”

A ja sobie pomyślałam, że my, Polacy, nawet w tej dziedzinie postępujemy inaczej niż reszta świata. My uczymy dzieci podziwiać szczególnie żołnierzy wyklętych, którzy [mówcie, co chcecie, ale jednak] zabijali swoich rodaków…

 Lepiej to, czy gorzej?



piątek, 24 lutego 2017

m.in. o tym, że rozmiar ma znaczenie

Kolejna rozmowa o mojej nienawiści do zimy oraz o tym, jak - w dzieciństwie - planowałam emigrację do Australii, bo dowiedziałam się, że są tam takie rejony, gdzie nie pada śnieg... Płynnie przechodząca w rozmowę o tym, jak zrezygnowałam z emigracji, kiedy - podczas riserczu dotyczącego mojej nowej, jakże wymarzonej, ojczyzny -  uświadomiłam sobie, że bodaj jedyne zwierzątko, które nie będzie mnie tam chciało zabić, to miś koala... 
[Od tamtej pory - zgodnie z prawdą - mogę twierdzić, że w Polsce trzyma mnie głównie arachnofobia...]


aalaaskaa [ze zgrozą]: ...wyobraź sobie, że ukąsi cię taki malutki pajączek i nie żyjesz!
koleżanka aalaaskii [w zamyśleniu]: Ja sobie wyobrażam raczej to, że spotykam takiego wielkiego pająka i on już nic nie musi robić, bo umieram ze strachu...



W ten sposób doszłyśmy do oczywistej oczywistości, że jeśli odpowiednio wyglądasz, to już nic nie musisz robić...

Pewnie dlatego wydałam właśnie pięć ciężko zarobionych stówek na zakupy kosmetyczne i ogarnęła mnie taka jakaś niechęć do ludzkości... 




niedziela, 29 stycznia 2017

Nie taka... i owaki...

Czytałam swoje stare posty i doszłam do wniosku, że kiedyś byłam
i mądrzejsza,
i weselsza...

Z łezką w oku wsłuchałam się w tę oto pieśń:



...a potem zrobiło mi się smutno, że niektórzy jakoś się nie zmieniają, a ja - owszem...

Szkoda tylko, że ci niezmienni, to ci źli.

Oto dowód:


Utwór sprzed wielu lat, a wciąż taki aktualny!

* * *

W moim życiu aktualny jest tylko brak czasu...
Nie udało mi się jeszcze ogarnąć na tyle, żeby wcisnąć regularne blogowanie do planów, ale jeszcze się nie poddaję.
Wrócę.
Nie taka, ale będę.

Zaraz jak tylko coś wyburzę...

niedziela, 1 stycznia 2017

aalaaskaa znowu wraca...

...już wkrótce.

Na dobry początek - piosenka:

niedziela, 4 stycznia 2015

tego się po sobie nie spodziewałam...

Regularnie podczytuję blog babki, której pisaninę cenię choć – nie polubiłybyśmy się.
Pani zdarza się od czasu do czasu wspomnieć o tym, jak to jej ukochany piesek pięknie pogonił koty i jak im pokazał, kto rządzi; co – uwaga – czasem miewa miejsce w domu tych kotów (i ich właścicieli).

Wtem… Informacja, że piesek został zaatakowany przez psa większego.
Masakra. Płacz. Zgrzytanie zębów.

A moja pierwsza myśl:
Ojejciu, to nie ma już zachwytów nad pieskiem pokazującym, kto tu rządzi?
Czemuż to, ach, czemuż
?


Zła aalaaskaa, zła aalaaskaa…

wtorek, 23 grudnia 2014

a w łazience…

Idea minimalizmu zawsze mnie pociągała, ale jakie szanse na zostanie minimalistką ma ktoś, kogo chwilowe widzimisię doprowadziło do tego, że używa na przemian:
5 różnych podkładów
5 różnych korektorów
(a 6. jest właśnie w drodze ze sklepu internetowego…)
4 różnych środków do mycia twarzy
5 różnych wód perfumowanych (najmniejszy flakonik ma 50 ml!)
4 różnych past do zębów
3 różnych filtrów przeciwsłonecznych (każdy ma faktor 50+)
2 różnych szamponów do włosów (do wczoraj były 3…)
niewiadomoilu kremów do twarzy i do rąk
(ale do stóp - tylko jednego! hura!)

Jeszcze się nie poddaję! ;)
…aczkolwiek z chemią gospodarczą też nie jest dobrze - mam co prawda tylko jeden proszek do prania i jeden płyn do mycia okien (w sensie marki, bo opakowań – 3), ale już 2 rodzaje płynów do płukania tkanin i 3 do prania ręcznego, 4 różne środki do czyszczenia toalet i 3 do zastosowań ogólnych, 3 do czyszczenia mebli, 2 do mycia paneli…
Masakra!

Chyba właśnie odkryłam swoje pierwsze postanowienie noworoczne:
ograniczyć zakupy

niedziela, 7 listopada 2010

jesień i wszystko już napisane… kto da więcej?

Jesień przyszła. Rzygać się chce, słowo daję. Jesień, zima, wiosna, lato, jesień… i tak w kółko, aż do znudzenia. Wiem, co będzie po jesieni. Zima.
[Feliks W. Kres Galeria złamanych piór]

I boję się bardzo, boję się ludzi
Gdy wychodzę na ulice, a oni tacy dziwni
Grubo ubrani i bez uśmiechu

[Myslowitz Złe mi się śni]


Proszę, potargujmy się z Bogiem kalendarza, niech po jesieni będzie wiosna.
Co za to oddacie?

wtorek, 31 sierpnia 2010

księżniczka na… płatku śniegu

Ten śnieg, który spadł na Kasprowym Wierchu, UWIERA mnie w moim rodzinnym domu…
Jak to…? To już…?
Zzziimmma?

Ojapierdolęqrwa!

No to jeszcze wbiję sobie do głowy piosenkę, jak gwóźdź do trumny.
O tę:

poniedziałek, 12 lipca 2010

w podgrzewanej czaszce – zupa myśli

Co jakiś czas wracam ospałą myślą do oglądniętego przypadkiem programu, w którym filozofowie dysputowali o determinizmie i wolnej woli, które jakoby się wykluczają.
A ile razy bym nie wróciła, tyle razy nie dostrzegam żadnej sprzeczności.
IMO, zdarzenia toczą się zgodnie z różniastymi prawami przyczyn i skutków, dopóki czyjaś wolna wola nie zechce zakłócić ich bezwładu. Co nieznośnie kojarzy mi się ze zrzucaniem przedmiotów z dachu – spadają na ziemię po linii prostej, dopóki ktoś nie zdecyduje się zmienić trajektorii [lub przerwać] ich lotu, co przecież wcale nie jest takie trudne.
Notabene, Tarot pozwala nam poznać tę „zdeterminowaną” przyszłość, ale – znając ją – możemy zmienić bieg wydarzeń, wykraczając poza schematy swoich typowych czy charakterystycznych reakcji i/lub zachowań, co sprawia, że przepowiednia się „nie spełni”.

Od wyspy wolnej woli i determinizmu moje myśli płyną zazwyczaj [pchane siłami bezwładu, jak sądzę, bo raczej nie mają siły na wiosłowanie w tym upale] do wyspy zamieszkanej przez jeden z najczęściej kwestionowanych atrybutów Boga – wszechwiedzę. Ale zawijają do tego portu tylko na chwilę, ponieważ znowu nie widzę żadnej sprzeczności między wszechwiedzą Boga i wolną wolą.
IMO, wszechwiedza Boga polega na widzeniu wszystkich dostępnych możliwości, a dar wolnej woli pozwala człowiekowi wybrać jedną z nich. Proste i oczywiste ;-)

Potem rozmyślam o tej zdeterminowanej przyszłości i nie wiedzieć czemu [ach! no tak – inercja ;-)] „widzę” na zmianę wyobrażenia Huxleya, opisane w „Nowym wspaniałym świecie” i Dukaja, przedstawione w „Czarnych oceanach”. Ale skupiam się tylko na jednym wątku, na – powiedzmy – konwenansach towarzyskich. I tak, w przyszłości wg Huxleya dyrektor może bezkarnie klepać pracownice po tyłkach i „każdy należy do każdego”, a w przyszłości wg Dukaja obowiązuje nowa etykieta i nawet uśmiechanie się do osoby przeciwnej płci może zakończyć się pozwem sądowym.
Z dwojga złego wolę ową nową etykietę od klepania po tyłku. Zdecydowanie wolę.

Te wyobrażenia nieuchronnie kierują moje myśli na problem równouprawnienia kobiet. Ale znowu interesuje mnie tylko mały wycinek rzeczywistości. Po raz niewiadomoktóry, ale za to z wiadomym z góry wynikiem [czyli bez wyniku], zastanawiam się, dlaczego tak niewielu mężczyzn dostrzega nierówności, niesprawiedliwości i opresje dotykające kobiety w każdej dziedzinie życia społecznego. Nie znam bodaj żadnego faceta, który sam dostrzegł problem, a nieliczni znani mi feminiści stali się feministami na skutek udanych związków z feministkami, które chyba przemocą otworzyły im oczy.

W tym miejscu moje myśli biegną do Stiega Larssona i „przypominam sobie”, że źródłem jego feminizmu były… wyrzuty sumienia. Larsson był w młodości świadkiem gwałtu – nie pomógł gwałconej dziewczynie i nie mógł sobie tego później wybaczyć.

To wyobrażenie skutecznie kieruje moje myśli na mielizny i przez długie chwile czuję się jak żaglowiec w czasie flauty...

A potem wszystko zaczyna się od nowa.
I tak w kółko.

Jakby moje myśli były nieapetyczną zupą, w której ktoś apatycznie miesza łyżką…

piątek, 16 kwietnia 2010

oj, Kraków, Kraków, przecudne mieście, dziwuje ci się wieś, okolica…

Motto:
Całe nasze życie jest jak kamień rzucony w wodę.
Nigdy nie wiemy, jakie kręgi zatoczymy naszym upadkiem,
czyją śmierć spowodujemy i kogo uzdrowimy.
Ile niepokoju wzniecimy dokoła siebie,
ile katarakt zdejmiemy ze ślepych rzek.

[Roman Brandstaetter]


Tyle osób zabrania mi [nie, żeby osobiście, ale zawsze] dyskutowania o wyborze Wawelu jako miejsca spoczynku Marii i Lecha Kaczyńskich, że mój przekorny duch stwierdził:
A właśnie, że nie! Ja się zakneblować nie dam!
I oto macie przed oczami skutek tego sprzeciwu.

Zacznę od przypomnienia moich wyobrażeń na temat mojego własnego idealnego pogrzebu. Chcę, mianowicie, żeby moje zwłoki zostały spalone, a prochy rozsypane.
Tylko tyle.
Jakiś czas temu spodobała mi się również technologia opracowana przez Susanne Wiigh-Mäsak, którą rozważam jako alternatywną. Pochówek według jej pomysłu przebiega następująco: zwłoki są zamrażane i zanurzane na jakiś czas w ciekłym azocie (temp. ok. –192 stopni), co sprawia, że ciało staje się kruche, a następnie trafiają do wibrującej wytrząsarki, gdzie rozpadają się na pył. Z owego pyłu za pomocą magnesów wyodrębnia się metalowe elementy (np. endoprotezy czy plomby stomatologiczne), a pozostałe szczątki pakuje się do biodegrowalnego pojemnika i… voila! mamy nawóz, którym można sprawić przyjemność jakiejś roślinie.

Jednym z największych rozczarowań w moim życiu było uzyskanie informacji, że w Polsce nie wolno rozsypywać ludzkich prochów. Jednak nadzieja na spełnienie mojej tzw. ostatniej prośby powróciła w ubiegłym roku, kiedy Główny Inspektorat Sanitarny rozpoczął prace nad ustawą dopuszczająca tzw. alternatywne formy pochówku. Zobaczymy tylko czy doczekam uchwalenia jej…
Ale ja nie o tym, nieprawdaż.

Chyba rozumiecie, że skoro nie zależy mi na tym, żeby istniało konkretne miejsce złożenia moich własnych zwłok, a nawet wprost przeciwnie, zależy mi na tym, by takiego miejsca nie było, to na spory dotyczące miejsca pochowania kogoś innego mogę patrzeć tylko z abstrakcyjnym zainteresowaniem.
Nawet jeśli mówimy o zwłokach prezydenta mojego kraju.

Czuję się trochę tak, jakbym oglądała jakieś dziwaczne rytuały innej/obcej cywilizacji.
Chociaż tego typu spory nad trumnami znanych Polaków można już niemal zaliczyć do stałego elementu polskiej kultury… Oj! Słabo to słowo pasuje do podobnych zachowań, wyjątkowo słabo, więc powiedzmy, że chodzi o nasz narodowy folklor.
[1. tekst przypominający]
[2. tekst przypominający]

Jest jeden powód, dla którego uważam, że do toczonej obecnie dyskusji może się włączyć każdy i nikt nie ma prawa nikogo uciszać. Chodzi o to, że osoby, które podjęły decyzję budzącą obecnie tyle emocji, dobitnie udowodniły swoim zachowaniem, że miały świadomość, iż podejmują decyzję wysoce kontrowersyjną – to dlatego tak długo nikt nie chciał się przyznać do jej podjęcia. Zresztą do tej pory nikt się nie przyznał – decydentów znamy [domyślamy się?] tylko dlatego, że wszyscy pozostali stanowczo odcięli się od odpowiedzialności za jej podjęcie.

Zgłaszam też stanowczy sprzeciw przeciwko sofistyce, którą serwują nam środowiska związane z PiS oraz ludzie, którym nagle zmienił się sposób widzenia kolorów. Mam ochotę rzygać, kiedy słyszę texty w stylu: „To prawda, nie pytaliśmy nikogo o zdanie i sami podjęliśmy decyzję, z pełną świadomością jej kontrowersyjności, ale nie protestujcie przeciwko niej, bo źle wypadniemy w oczach reszty świata. A za to złe wrażenie wy będziecie odpowiedzialni, bo przecież nie my. My jesteśmy cacy.” [RZYG]
Rozumiem, że niemal wszyscy słyszeliśmy w dzieciństwie text „bądź mądrzejszy i ustąp” tyle razy, że zatraciliśmy zdolność dostrzegania jego absurdalności, ale wydaje mi się, że w życiu każdego myślącego człowieka następuje chwila, w której zadaje sobie pytanie, jak będzie wyglądał świat, w którym mądry zawsze ustąpi głupiemu. Po przeżyciu tej chwili tylko osoby wybitnie cyniczne wracają do podobnych sofizmatów. I tyle w tej kwestii.

A jeśli chodzi o to, jakie zdanie będzie miał o nas ów „świat”, obserwujący i komentujący spór o miejsce pochówku naszej pary prezydenckiej, to spójrzcie na margines mojego bloga, mam tam cytat, z którym w 100% się zgadzam:
Lepiej być znienawidzonym za to, kim się jest, niż kochanym za to, kim się nie jest.
I tyle w tej kwestii.

Jeśli natomiast chodzi o argument podnoszony przez przeciwników pochowania państwa Kaczyńskich na Wawelu, a dotyczący braku zasług, którymi rzekomo trzeba się wykazać, żeby zasłużyć na ów zaszczyt, to… Nie wiedziałam, że mamy w tym kraju tylu wyrywnych do sądzenia żywych i umarłych.
Co wcale nie znaczy, że takie osoby potępiam, wręcz przeciwnie, jestem za tym, żeby białe nazywać białym, a różowe różowym. Tylko nie wolno przy tym zapominać, że dopóki nie mówimy o rzeczach NAPRAWDĘ WAŻNYCH, każdy ma prawo do innego widzenia odcieni barw.
Miejsce złożenia jakichkolwiek zwłok nie należy do zjawisk NAPRAWDĘ WAŻNCH – przynajmniej dopóki nie buduje się dla nich, za publiczne pieniądze, prywatnych cmentarzy, piramid, mauzoleów czy innych tadżmahalów i dopóki nie mówimy o ukrywaniu ciał przez morderców. Howgh!

Pomyślcie o tym, że choćbym nie wiem jakimi zasługami wykazała się przed śmiercią – nie wolno będzie rozsypać moich prochów w Bieszczadach, jeśli GIS nie zmieni ustawy.
I to jest prawdziwa tragedia, do której pochowanie kogoś w jakimś tam kościele nie ma startu. I tyle na ten temat.

Ciekawa jest w tej sprawie jeszcze jedna kwestia, a mianowicie…
Do kogo należą zwłoki?
Czy w chwili śmierci tracimy prawo własności do własnego ciała?

Na moje zapowiedzi, że „w razie jakby co” mam zostać spalona i – w miarę możliwości – rozsypana [zatopiona w morzu być nie chcę, choć to akurat wolno robić nawet teraz], moja rodzina reaguje w taki sposób, że poważnie wątpię w to, że spełniliby moją prośbę. Nie pomagają nawet groźby, że będę ich straszyć. A to jest naprawdę frustrujące!

Dlatego też w całej tej sprawie – IMO – najważniejszym pytaniem jest:
Czego życzyliby sobie państwo Kaczyńscy?

Decyzję o miejscu pochówku podjęła rodzina, a więc osoby, które zmarłych znały najlepiej i – mam nadzieję – szanowały na tyle, żeby uwzględnić ich wolę podczas planowania pogrzebu.
Jeśli było inaczej…

Współczuję.


I tyle na ten temat.




ps
Zamiast rozmyślać o głupotach, pomyślmy lepiej o tym, co zrobić, żeby nie należeć do tych, o których Magdalena Samozwaniec napisała, że odnajdują miejsce na ziemi dopiero po swoim pogrzebie.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

świąteczne połowinki ;-)

Ufff.
Przeżyłam najgorszy ze świątecznych dni.
Każde święta mają co najmniej jeden taki dzień.
Dzień, w którym odwiedza nas mój brat ze swoją żoną i wszystkimi dziećmi.
A obecnie dzieciaków jest piątka... Czy potrzebne są jeszcze jakieś dodatkowe wyjaśnienia?
Tak? Naprawdę? No dobrze. To dodam, że wszystkie te dzieci są wychowywane bezstresowo, co tak naprawdę znaczy, że nie są wychowywane w ogóle.
Masakra. I wolałabym zamknąć ten temat.


Dla relaksu zaczęłam czytać książkę Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się, kochaj”, ale czekała mnie niespodziewana niespodziewanka.
Mianowicie, na wejściu autorka wyznaje, że miała plan: w wieku trzydziestu lat zaprzestać podróży, osiąść gdzieś na stałe i rodzić dzieci.
Tyle, że kiedy osiągnęła ów stateczny wiek, przekonała się, że wcale nie ma ochoty zostać matką.
Od ośmiu lat była związana z jednym facetem, od sześciu lat byli małżeństwem; kupili dom i całe życie zbudowali na założeniu, że w wieku trzydziestu lat ona zajdzie w ciążę.
Kiedy nadszedł TEN CZAS płakała po nocach, ale przez kilka miesięcy starała się w tę niby-zaplanowaną ciążę zajść – przy każdej miesiączce ciesząc się, że nie wyszło – cały czas żyjąc w przeświadczeniu, że coś jest z nią nie w porządku, a w przeświadczeniu tym dodatkowo utwierdzał ją mąż…
Ostatecznie w ciążę nie zaszła, z mężem się rozwiodła, a jak doczytam jej książkę do końca, to dowiem się co było później.
A mogę wszystkich zapewnić, że doczytam.

Po przeczytaniu tego wstępnego wyznania najbardziej przerażająca wydała mi się myśl, że świat pełen jest ludzi, którzy podsumowaliby taką historię stwierdzeniem, że szkoda, że w tę ciążę nie zaszła, bo zostałaby z mężem, a „głupoty” wywietrzałby jej z głowy.

Nigdy, naprawdę NIGDY, nie zrozumiem, dlaczego ludzie z taką łatwością zakładają, że bycie matką jest tym, o czym marzą wszystkie kobiety? Dlaczego nie dają WSZYSTKIM kobietom prawa do szczęścia według własnego pomysłu, również tym, które absolutnie nie marzą o macierzyństwie?

Wydaje mi się, że jestem w miarę cierpliwa i mam wiele zrozumienia dla ludzkich wad, ale powoli tracę cierpliwość dla tych wszystkich niby-ŻYCZLIWYCH, którzy usiłują przekonywać mnie, że tracę najlepszy czas na zostanie matką.
Tracę cierpliwość dla zaprzyjaźnionych młodych matek, które wciskają mi swoje dzieci, w przekonaniu, że marzę o tym, żeby takiego bobasa „potrzymać”.
Tracę cierpliwość nawet dla tych, którzy robią zdziwione miny, kiedy mówię, że nie marzę o macierzyństwie…

Ostatnio opadły mi wielokrotnie już opadnięte ręce, kiedy koleżanka przyniosła do ZAKŁADU dziecięce ciuszki i wszystkie babki oglądały je z takim zachwytem i rozczuleniem, jakby zaglądały w wózeczek z nowonarodzonym niemowlakiem…

Nie rozumiem nawet tego rozczulenia, które ogarnia ludzi patrzących na cudzego brzdąca, więc chyba możecie sobie wyobrazić, z jaką miną przyglądałam się zachwytom wygłaszanym nad jakimiś, było nie było, UBRANIAMI. Cudzymi.
Wyraz mojej twarzy do tego stopnia zainteresował jedną z koleżanek, że poświęciła cały kwadrans na to, żeby mi wmówić, że tak naprawdę wzrusza mnie widok tych uroczych miniaturowych ubranek, tylko nie chcę tego okazać…
I weź tu, człowieku, udowodnij, że nie jesteś wielbłądem…!
Dobrze, że we właściwym momencie przypomniałam sobie, że biedula stara się właśnie o dziecko – i ma z tym niejakie problemy – bo chyba bym jej zrobiła co złego…

W książce Elizabeth Gilbert jest świetne zdanie na temat macierzyństwa:
„Posiadanie dziecka jest jak tatuaż na twarzy. Trzeba być całkowicie pewnym, nim się podejmie ostateczną decyzję.”
Ja jestem pewna, że dzieci mieć nie chcę.
TO NA PEWNO NIE DLA MNIE.


Jeśli kiedyś tego pożałuję, to moja i tylko moja sprawa.

Jeśli kiedyś zmienię zdanie, to też nikomu nic do tego.

Czy to tak trudno przyjąć do wiadomości?

Czy koniecznie trzeba mi i innym kobietom o podobnych przekonaniach wmawiać, że coś jest z nami nie tak?

My nie mamy z naszą płodnością problemów, więc inni niech się od nas od…olą.

Rzekłam.

sobota, 27 marca 2010

aalaaskaa instant

Zabił mnie ten tydzień.
Rozsypałam się na proszek. A teraz muszę/chcę(?) z tego prochu powstać.

[Jakiś mądrala powiedział: Z prochu powstałeś? To się otrzep!]

Gorzej, jeśli ten proch jest prochem strzelniczym, a najmniejsza iskra spowoduje wybuch…
Może więc jeszcze trochę poleżę?
A może wybuchy nie są takie złe? W końcu cała nasza historia zaczyna się ponoć od Wielkiego Wybuchu ;-)

[A na końcu będzie Wielki Rozpad, dopowiedziała moja dusza, którą chyba rozdeptał jakiś śmiertelnie smutny szatan, zmierzający do czyjegoś ogrodu.
Tak na marginesie, ten szatan to jedna z moich ulubionych postaci literackich.
Wiem, nie jestem normalna.]

Jak bardzo źle ze mną?
Ano tak, że obudziłam się ok. piątej w sobotę, czyli wtedy, kiedy często kładę się spać, ale bodaj jeszcze nigdy nie „wstałam”. A gwoli ścisłości kronikarskiej dodam, że dzisiaj też nie „wstałam” tylko najpierw czytałam w łóżku, a teraz przygniata mnie Tidżej.

Żeby było ciekawiej, ostatecznie dobił mnie Tolle [tak, ten, który zawsze dotąd działał na mnie leczniczo!] bo w czytanej po raz niewiemktóry - obecnie na wyrywki - „Potędze teraźniejszości” trafiłam akurat na fragment:
Twoja zgryzota plugawi nie tylko wnętrze twoje i otaczających cię ludzi, lecz także zbiorową psychikę ludzką, której stanowisz nieodłączną część.
EXTRA.
[Manipulowanie moim poczuciem winy to naprawdę łatwizna!]

Kojąco działa na mnie natomiast Il Silenzio Nini’ego Rosso, które mam w przeróżnych wykonaniach i momentami słucham w kółko, choć boleję nad tym, że nie mam takiego granego wyłącznie na trąbce…
Powiedziałam o tym na pogrzebie [tak, ten tydzień dostarczył mi nawet takiego przeżycia], kiedy przestałam płakać, ukojona graną na zakończenie „Ciszą”.
I natychmiast poczułam się jak UFO. Taka była reakcja otoczenia.



Buona notte, amore.


poniedziałek, 22 marca 2010

magia ulotnych chwil

Widziałam piękny klucz dzikich gęsi.
Leciały jak przy linijce, a dokładniej – jak przy dwóch.
Od czasu zakochania się w wierszu Mary Oliver mam dziwny sentyment do tych ptaków, jakby były nośnikami informacji na temat mojego miejsca „w rodzinie ziemskich rzeczy” [co bynajmniej z treści wiersza nie wynika], a zauważmy, że to określenie zawiera presupozycję, że takie miejsce – tylko moje – istnieje ;-)

Chwilę później zapatrzyłam się na ptaka, który usiadł na czubku wielkiego świerku.
Najwyższa gałązka drzewa, czyli właśnie ów „czubek”, była zakrzywiona i ten ptaszek wylądował właśnie tam. I siedział dłuuuższą chwilę chociaż wiatr targał drzewem na wszystkie strony, przy czym ta najwyższa gałązka wykazywała - o ile mogłam to ocenić z mojej przyziemnej perspektywy – najwyższą aktywność.
A jednak ten uparciuch siedział właśnie tam.
I tak doskonale go rozumiałam, że aż poczułam jakąś dziwną łączącą nas więź ;-)
Wtedy odleciał.
A ja poczułam taki straszny żal, że nie mogę polecieć za nim, że gdybym była tam sama, to bym się rozpłakała. Naprawdę. Moje miejsce w rodzinie ziemskich rzeczy rzadko wydaje mi się takie beznadziejne, jak wtedy…


A teraz roztrząsam na zmianę dwie wątpliwości:

Pierwsza:

Co by było, gdybym tych ptasich obserwacji dokonała w odwrotnej kolejności? Czy widok gęsi ukoiłby mój żal?
Czy moja kondycja psychiczna/duchowa/umysłowa naprawdę zależy od takich drobiazgów?

Druga:
Co by było, gdybym powiedziała towarzyszącym mi osobom, że mam ochotę płakać, bo nie mogę polecieć za ptakiem, który właśnie odleciał?

Przyznaję, że na samo wyobrażenie min osób, którym bym to powiedziała, wyję ze śmiechu…

A z drugiej strony to strasznie smutne, że większość czasu spędzam z ludźmi, którym nie potrafię powiedzieć rzeczy, które przecież opowiadam całemu światu przez Internet.

Awaria.

poniedziałek, 15 marca 2010

co ma być, to i będzie

Jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi do łba napisać, że mam przed sobą mnóstwo czasu, to proszę mi nieuprzejmie na to twierdzenie odpowiedzieć. W miarę możliwości BARDZO nieuprzejmie.
Prośbę swą motywuję tym, że zatelefonowałam do kumpeli i na wejściu usłyszałam, że rezolutny dzieciak, lat ok. 12, biegł, upadł i nie żyje.
Znałam go i od godziny mam jego twarz przed oczami.
Kumpela była w szoku kiedy zatelefonowałam, a teraz w szoku jesteśmy obie.
Jednak nie ma obawy – przejdzie mi. Może nawet szybciej niż powinno.
Może nawet już by mi przeszło gdybym tylko nie utrwalała tego doświadczenia myśleniem o moim własnym przemijaniu.
O moim zmęczonym sercu, któremu nie żałuję burz.
O moim zmęczonym organizmie, któremu odmawiam nawet snu.
O niebezpieczeństwach czyhających... whenever, wherever.

A tak naprawdę chciałabym utrwalić tylko jedną z tych wszystkich myśli, które truchtem przebiegły mi po zwojach. Tę, że nie można żyć czekaniem na przyszłość, na cud jakiejś odmiany, ale trzeba szukać szczęścia TERAZ.
TA CHWILA jest jedyną, którą mam.
Innej może nie być, ale nie ma sensu się tym martwić.

Co ma być, to i będzie, tak czy owak zdarzy się.



Idę sobie poczytać Eckharta Tolle – jednego z najwytrwalszych piewców TERAZ.
Pa.

czwartek, 4 marca 2010

zerowy poziom afiliacji

Całkiem znienacka uświadomiłam sobie dzisiaj kolejną cechę, która odróżnia mnie od normalnych ludzi ;-)

Zanim napiszę o co chodzi, pomyślcie o tym, jak wychodzicie z pracy.
Wyobraźcie sobie tę sytuację ze szczegółami...

Ach! Nic z tego!

Zapomniałam, że większość społeczeństwa pracującego wychodzi z pracy grupowo, a nawet stadnie.
A my nie, my jesteśmy inni ;-) i wychodzimy z ZAKŁADU o różnych porach i tylko czasem zdarza się, że kilka osób wychodzi jednocześnie.

No więc [naprawdę nie wolno tak zaczynać zdań? ;-)] było tak:
Koleżanka pozbierała swoje pracowe zabawki, założyła kurtkę i już szła w stronę drzwi, kiedy zobaczyła, że ja też kończę pracę. Usiadła i poczekała na mnie, chociaż ja dopiero zaczynałam zbierać swoje zabawki, a potem jeszcze umyłam kubek po herbacie i - nie spiesząc się zupełnie - zawiązałam artystycznie szalik oraz założyłam kurtkę... Nie poganiała mnie ani słowem, ani gestem, ani nawet wyrazem twarzy.
Wyszłyśmy razem.
Przeszłyśmy parę kroków przez parking.
Pożegnałyśmy się.
Wsiadłyśmy do swoich autek.

I wtedy rozwiązał mi się w mózgu worek ze wspomnieniami osób czekających na mnie, żeby razem wyjść z ZAKŁADU – przelatywały mi przed (za?) oczami jedno za drugim, jedno za drugim...
...
A jak worek był już pusty, to pojawiła się wizja mnie samej, która...
...nigdy na nikogo nie czeka!

BIM BAM!

W tamtej chwili olśnienia troszkę mnie te wizje poruszyły, ale teraz nie wiem... Waham się. Czy to ja jestem dziwna (eee tam... naprawdę? może jednak nie?) czy dziwniejsi są ludzie, którzy czekają za kimś tylko po to, żeby nie iść samemu na pobliski parking?


ps

Oczywiście najbardziej podoba mi się wyjaśnienie, że jestem tak fascynująca, że dla kilku minut sam na sam ze mną warto trochę [albo nawet trochę dłużej] poczekać ;-)


pps
A może mam łagodną odmianę zespołu Aspergera?

...przynajmniej byłoby we mnie coś łagodnego ;-)

niedziela, 28 lutego 2010

pierwszy podmuch wiosny



Kocham tę piosenkę. Aczkolwiek jeszcze niemal przed chwilą myślałam, że jak na mój gust, to powinna się ona zaczynać od słów: pierwszy podmuch wiosny budzi do życia.

Po głębszym jednak i po namyśle, a być może również na skutek uczciwie dokonanej autopsji, uświadomiłam sobie, że tak, jak jest, dobrze jest, bo prawdziwie.
Pierwszy podmuch wiosny, ale ten naprawdę pierwszy, ten który daje nadzieję, że zima NAPRAWDĘ kiedyś się skończy, w moim przypadku nierozerwalnie związany jest z lękiem. Wszystko przez to, że nie mogę ograniczyć się do patrzenia z radością w zieloną przyszłość, ale muszę też, choćby na chwilę, obejrzeć się na dopiero co minioną przeszłość i oszacować straty.

Nie, żebym jakoś specjalnie lubiła płakać nad rozlanym mlekiem, ale dlatego, że głupio by było nie wiedzieć, że się to mleko rozlało...

Kiedy dokonujemy w swoim życiu jakichś zmian, kiedy coś burzymy świadomie albo chociaż z premedytacją [bo świadomość to coś naprawdę POTĘŻNEGO] wiemy przynajmniej, że pewne fakty miały miejsce. Znacznie gorzej jest wtedy, kiedy zmiany następują na skutek drobnych gestów czy zaniechań, których wcale nie przemyśleliśmy i zupełnie nie zdajemy sobie sprawy z ich konsekwencji, a już zwłaszcza z konsekwencji kumulacji wielu takich gestów czy zaniechań.

Właśnie dlatego tym, czego najbardziej boję się na przednówku jest udzielenie (sobie) odpowiedzi na pytanie: co też (nieświadomie, na skutek zaniechań) udało mi się mijającej właśnie zimy spierdolić. A odpowiedź nigdy, niestety, choćbym nie wiem jak bardzo się starała, nie brzmi „nic”, bo zimą to ja ze śpiewem na ustach zaniechałabym nawet oddychania.

Im dłużej robię tegoroczny (a raczej tegozimowy) remanent tego, co się rozpadło i tego, co się nie zbudowało, tym częściej ZNÓW powtarzam wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej „Przebyta droga”:
Słońce stanęło w zenicie:
oglądam się na przebytą drogę:
to ma być moje życie?
Patrzeć się na to nie mogę!


Jednak trzeba będzie powstać z prochu, otrzepać się i złapać swoje uciekające życie za skraj tuniki.
I ja to zrobię.
ZNÓW.
W końcu z każdym rokiem mam w tym większą wprawę ;-)

środa, 10 lutego 2010

uwaga! ten wpis zawiera wstrętne słowo...

...ale za to nie zawiera nawet śladowych ilości orzeszków ziemnych ;-)


Filmy ZNÓW zaczęły mi się podobać.
Włosy przestały mi wypadać.
I co?
I na jutro ZNÓW zapowiadają śnieżyce.
Ś N I E Ż Y C E!

Fuj! Jakie to wstrętne słowo!


Dopóki nie pada – zmieńmy lepiej temat.
Może uda się nie wywołać wilka z lasu...?

À propos wilka... Kiedy jechałam dziś do pracy, to drogę przebiegł mi lis.
Tak się na niego zagapiłam, że aż mi ręce poszły za oczami, więc dobrze, że akurat nic z naprzeciwka nie jechało...

À propos jechało... Zaliczyłam już w tym roku utratę panowania nad kierownicą i (ćwierć)piruecik na lodzie, ale zakończony happy endem. No chyba, że ta zaspa, na której się zatrzymałam, była dziełem jakiegoś artysty. Jeśli tak, to zniszczyłam dzieło sztuki. Przykro mi, aczkolwiek cieszę się, że nie zniszczyłam sobie autka. Jeszcze trochę nim pojeżdżę i przyjmą mnie do klubu miłośników starych samochodów ;-)

À propos miłośników... Z przyjemnością dowiedziałam się, że nie tylko ja wyszukuję w czytanych książkach piękne zdania, które czytam po parę razy, nawet jeśli ich związek z fabułą opowieści jest rzędu dziesiątej wody po kisielu... Takie hobby ;-) ma również Paweł Paliński, autor opowiadań zebranych w tomie „4 pory mroku”.
Oto fragment wywiadu, w którym o tym opowiada:

Część druga tutaj.

À propos „4 pór mroku"... Dobre są!

À propos dobrych rzeczy... Dobrze by było choć raz w tygodniu pójść spać przed północą...
No to pa.

À propos pa... Pa! Pa! Pa! ;-)