Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *iskrzenie na stykach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *iskrzenie na stykach. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lipca 2017

czyżby... Reptilianie?

Co robię, kiedy w naszym pięknym kraju morduje się demokrację?
Oglądam filmiki z Gieorgijem Sidorowem.
Nie  wiecie kim jest Sidorow?
No cóż... Niewiele tracicie 😈 Facet głosi prymat białej rasy i zachwyca się Stalinem.
Dość długo nie mogłam od niego oderwać oczu (hmm... może dlatego, że musiałam czytać napisy?), ale odpadłam przy teorii, że ludzkość zginie, bo nasza planeta jest obecnie rządzona przez obcą inteligencję...

No nie!

Ten wpis jednak będzie o polityce, bo właśnie sobie uświadomiłam, że przecież już dawno pisałam, że Gowin, to kosmita... zaraz to znajdę...
Styczeń 2012... tyle czasu, a on nadal się nie rozpękł [wspomnijcie garniturek z Edgara w "Men in Black"]!
Ale❗ przynajmniej wszyscy już dostrzegli, że nie ma kręgosłupa - bo to właśnie dlatego nie wstał i nie klaskał z wszystkimi PiSiorami po uchwaleniu ustawy o SN...

Być może będzie to jakieś pocieszenie dla członków zespołu miesięcznika "Znak", którzy niedawno wykluczyli Gowina ze swojego grona...

Proszę Państwa, to już nie jest Jarosław Gowin, to przedstawiciel pozaziemskiej inteligencji, który go zastąpił, żeby popychał ludzkość do zagłady.
Sidorow Wam to objaśni.

Mam też pewne podejrzenia co do kilku innych osób...
Jakoś wszyscy, q-wa, z PiS-u...




środa, 26 kwietnia 2017

taki tam... dylemacik

"Obecnie uczy się dzieci kochać swój kraj z wyłączeniem innych krajów, a spośród bohaterów narodowych uczy się je szczególnie podziwiać tych, którzy się wykazali największymi umiejętnościami w zabijaniu cudzoziemców"
napisał Bertrand Russell w swojej „Autobiografii 1944-1967”

A ja sobie pomyślałam, że my, Polacy, nawet w tej dziedzinie postępujemy inaczej niż reszta świata. My uczymy dzieci podziwiać szczególnie żołnierzy wyklętych, którzy [mówcie, co chcecie, ale jednak] zabijali swoich rodaków…

 Lepiej to, czy gorzej?



niedziela, 7 grudnia 2014

zrób to ze mną...

Waham się, czy kupić.
Otwieram na 5. stronie i czytam:
"Alice Miller napisała pod koniec lat 70. Dramat udanego dziecka - książkę o idealnych dzieciach. Wszystkim się wydaje, że są grzeczne i właśnie z tego powodu szczęśliwe, a jest odwrotnie: są grzeczne, bo nie są szczęśliwe."

I już wiadomo, że przeczytam całość.

"Jestem stąd" Agnieszki Graff.

Zrobisz to ze mną...? ;)

wtorek, 26 sierpnia 2014

rozłożona przez łopatkę

W opisie łopatki do kociej kuwety znalazłam informację, że nadaje się do mycia w zmywarce.

Padłam.

niedziela, 12 września 2010

czasolinia

Cholera, nie chcecie tutaj ze mną gadać, chociaż statystyki z każdym dniem wyglądają lepiej…
A ja już od dawna chcę o coś zapytać…
No to zapytam.
Mimo wszystko.

Otóż, NLP posługuje się koncepcją nazywaną linią czasu, wg. której [koncepcji] wszystkie wydarzenia w naszym życiu można ustawić na linii – prostej lub krzywej – którą można sobie zwizualizować.
Najprostszy sposób odkrycia lokalizacji linii czasu polega na wyobrażeniu sobie jakiejś codziennej czynności w rodzaju mycia zębów czy jedzenia obiadu – najpierw przypominamy sobie wykonywanie tej czynności wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu, miesiąc temu, pięć lat temu itp. a następnie wyobrażamy sobie wykonywanie jej jutro, pojutrze, za tydzień, za miesiąc, za pięć lat itp. Jeśli połączymy te obrazy linią, to zobaczymy właśnie przebieg własnej linii czasu.
Podobno w naszej kulturze linia czasu najczęściej przebiega od lewej (przeszłość) do prawej (przyszłość) i wygląda albo jak linia prosta, albo jak parabola. Natomiast w krajach arabskich ludzie mają najczęściej linie czasu przebiegające od tyłu do przodu, lub odwrotnie, przez co mogą widzieć tylko jedną jej część – ponoć najczęściej widzą przyszłość. To właśnie dlatego mamy tak różne wyobrażenia nt. czasu i punktualności ;-)

Ile razy bym tego nie sprawdzała, tyle razy okazuje się, że moja linia czasu jest prostą biegnącą od prawej (przeszłość) do lewej (przyszłość); czyli jestem nieco na bakier z „głównym nurtem” ;-)
Ma to ciekawe implikacje podczas korzystania z Internetu – otóż w wielu miejscach sieci, np. w przypadku blogów, można przeczytać starsze wpisy, albo przeglądać archiwum z notatkami podzielonymi na „starsze” i „nowsze”, a ja zawsze w takiej sytuacji szukam, odruchowo, tych nowszych po lewej, a starszych po prawej.
I przez jakiś czas „nie trafiałam”, ale ostatnio znajduję coraz więcej miejsc, których zawartość jest uporządkowana zgodnie z moją linią czasu – tak, jak np. wpisy na moim blogu.

Ciekawi mnie czy ktoś, kto o linii czasu nigdy nie słyszał, zwraca uwagę na takie szczegóły.

I jeszcze, czy – zakładając, że większość z was ma „normalne” linie czasu – nie mieliście nigdy wrażenia – zakładając, że kiedyś mieliście ochotę poczytać starsze posty – że coś jest z moim blogiem nie tak, skoro napis „Starsze posty” jest po prawej, a „Nowsze posty” po lewej stronie napisu „Strona główna”?

Ciekawi mnie też to, czy taki układ znaczy, że twórca serwisu Blogger ma równie awangardowo przebiegająca linię czasu jak moja…?

I jeszcze, dlaczego kiedyś było w necie mniej stron WWW z takim układem zawartości, a teraz jest ich znacznie więcej? - „Ściągali” jedni od drugich czy też wśród programistów większość stanowią ludzie z „odwróconą” linią czasu?

Jak sądzicie?

poniedziałek, 12 lipca 2010

w podgrzewanej czaszce – zupa myśli

Co jakiś czas wracam ospałą myślą do oglądniętego przypadkiem programu, w którym filozofowie dysputowali o determinizmie i wolnej woli, które jakoby się wykluczają.
A ile razy bym nie wróciła, tyle razy nie dostrzegam żadnej sprzeczności.
IMO, zdarzenia toczą się zgodnie z różniastymi prawami przyczyn i skutków, dopóki czyjaś wolna wola nie zechce zakłócić ich bezwładu. Co nieznośnie kojarzy mi się ze zrzucaniem przedmiotów z dachu – spadają na ziemię po linii prostej, dopóki ktoś nie zdecyduje się zmienić trajektorii [lub przerwać] ich lotu, co przecież wcale nie jest takie trudne.
Notabene, Tarot pozwala nam poznać tę „zdeterminowaną” przyszłość, ale – znając ją – możemy zmienić bieg wydarzeń, wykraczając poza schematy swoich typowych czy charakterystycznych reakcji i/lub zachowań, co sprawia, że przepowiednia się „nie spełni”.

Od wyspy wolnej woli i determinizmu moje myśli płyną zazwyczaj [pchane siłami bezwładu, jak sądzę, bo raczej nie mają siły na wiosłowanie w tym upale] do wyspy zamieszkanej przez jeden z najczęściej kwestionowanych atrybutów Boga – wszechwiedzę. Ale zawijają do tego portu tylko na chwilę, ponieważ znowu nie widzę żadnej sprzeczności między wszechwiedzą Boga i wolną wolą.
IMO, wszechwiedza Boga polega na widzeniu wszystkich dostępnych możliwości, a dar wolnej woli pozwala człowiekowi wybrać jedną z nich. Proste i oczywiste ;-)

Potem rozmyślam o tej zdeterminowanej przyszłości i nie wiedzieć czemu [ach! no tak – inercja ;-)] „widzę” na zmianę wyobrażenia Huxleya, opisane w „Nowym wspaniałym świecie” i Dukaja, przedstawione w „Czarnych oceanach”. Ale skupiam się tylko na jednym wątku, na – powiedzmy – konwenansach towarzyskich. I tak, w przyszłości wg Huxleya dyrektor może bezkarnie klepać pracownice po tyłkach i „każdy należy do każdego”, a w przyszłości wg Dukaja obowiązuje nowa etykieta i nawet uśmiechanie się do osoby przeciwnej płci może zakończyć się pozwem sądowym.
Z dwojga złego wolę ową nową etykietę od klepania po tyłku. Zdecydowanie wolę.

Te wyobrażenia nieuchronnie kierują moje myśli na problem równouprawnienia kobiet. Ale znowu interesuje mnie tylko mały wycinek rzeczywistości. Po raz niewiadomoktóry, ale za to z wiadomym z góry wynikiem [czyli bez wyniku], zastanawiam się, dlaczego tak niewielu mężczyzn dostrzega nierówności, niesprawiedliwości i opresje dotykające kobiety w każdej dziedzinie życia społecznego. Nie znam bodaj żadnego faceta, który sam dostrzegł problem, a nieliczni znani mi feminiści stali się feministami na skutek udanych związków z feministkami, które chyba przemocą otworzyły im oczy.

W tym miejscu moje myśli biegną do Stiega Larssona i „przypominam sobie”, że źródłem jego feminizmu były… wyrzuty sumienia. Larsson był w młodości świadkiem gwałtu – nie pomógł gwałconej dziewczynie i nie mógł sobie tego później wybaczyć.

To wyobrażenie skutecznie kieruje moje myśli na mielizny i przez długie chwile czuję się jak żaglowiec w czasie flauty...

A potem wszystko zaczyna się od nowa.
I tak w kółko.

Jakby moje myśli były nieapetyczną zupą, w której ktoś apatycznie miesza łyżką…

wtorek, 13 kwietnia 2010

oczy szeroko otwarte

Słucham tych wszystkich ludzi dookoła, słucham i nadziwić się nie mogę. Jak to się dzieje, że tyle osób znienacka zmienia zdanie i to co kiedyś nazywali seledynowym, teraz nazywają różowym...?
Nie rozumiem.
Czy poznali jakieś nowe fakty?
Czy teraz patrzą jaśniej?
Czy kiedyś wypowiadali swoje opinie na podstawie nierzetelnie prowadzonych obserwacji , a teraz się tego wstydzą?
Nie wiem.
A że nie jestem w stanie przeniknąć wewnętrznego życia innych, ani nawet stwierdzić, że takowe posiadają [i to bynajmniej nie w postaci motylicy wątrobowej], to skupiłam się na własnym.
I mam teraz taki oto dylemacik:
czy fakt, że uparcie widzę seledyn seledynowym, a róż różowym świadczy o tym, że mój dotychczasowy sposób widzenia świata nie był dziełem przypadku ani pochopnie przyjętych założeń, czy raczej o tym, że jestem niereformowalna, a zamiast serca mam jakąś atrapę?

niedziela, 4 kwietnia 2010

cotidie morimur...

Seneka powiedział:
cotidie morimur, cotidie enim demitur aliqua pars vitae,
co (podobno) znaczy:
codziennie umieramy, codziennie bowiem uszczupla się jakaś część życia.

Męczyło mnie to zdanie jak komar latający w nocy nad łóżkiem.
A kiedy się na nim skupiłam – żeby w końcu się z nim rozprawić – przyszło mi do głowy, że faktycznie codziennie umieramy, ale nie dlatego lub nie tylko dlatego, że zbliżamy się do końca tkanej przez Parki nici naszego życia
[mam zresztą wątpliwości dotyczące tego, czy jej długość jest z góry ustalona – skłaniam się raczej ku twierdzeniu, że wszystko zależy od wyborów, których codziennie dokonujemy],
lecz dlatego, że niemal każdego dnia rezygnujemy z jakiegoś marzenia, pragnienia czy pomysłu, który mógłby – gdybyśmy tylko poświęcili na jego realizację odrobinę naszego czasu i uwagi – dać nam szczęście albo chociaż chwilowe uczucie „przepływu” (flow).

Ta codzienna rezygnacja z marzeń jest umieraniem.

A to, jak tę rezygnację tłumaczymy (choćby przed sobą) -
jakimiś osobistymi brakami, nadmiarem pracy czy nawet troską o bliskich
- nie ma żadnego znaczenia.
Albo mamy wyniki, albo powody.

Może zatem warto skorzystać z tej okazji, że akurat obchodzimy święto upamiętniające zmartwychwstanie i…
…choć trochę o(d)żyć?

Życzę powodzenia.

WESOŁYCH ŚWIĄT!


ps
Oczywiście, nie namawiam do gwałtownej rezygnacji z podjętych wcześniej zobowiązań, porzucenia pracy czy zerwania związków z ludźmi, którym coś obiecaliśmy. Bynajmniej.
Ale na pewno jest coś, co możemy zrobić, żeby choć odrobinę uprawdopodobnić urzeczywistnienie naszych marzeń.
Nawet najdalszą podróż zaczyna się od pierwszego kroku.
[Np. tak]

środa, 31 marca 2010

zderzenia z banałami

Czasem uderza człowieka myśl, która nie jest ani nowa, ani odkrywcza, ale jakoś tak świeci jaskrawo w KONTEKŚCIE, że aż mruży się oczy i marszczy mózg ;-)
Doświadczyłam czegoś takiego ostatnio nie raz, a dwa razy.

Doświadczenie 1.
Kontekst: z braku innego nośnika pod ręką użyłam telefonu, żeby przekazać rodzicom film od znajomych. W domu nie chciało mi się go już na nic przegrywać, więc po prostu podłączyłam telefon do odtwarzacza. Po kilku minutach oglądania tata ze zdziwieniem zapytał, czy ten film naprawdę leci z mojego telefonu…
Od tamtej pory, z uporem godnym lepszej sprawy, zastanawiam się, jakie wynalazki będą zadziwiać mnie, kiedy będę w wieku mojego ojca. Bo uświadomiłam sobie, że on też kiedyś był z tzw. techniką na bieżąco i na pewno wydawało mu się, że tak będzie zawsze. A ewidentnie nie jest.
No więc, jak sądzicie, jaki wynalazek w przyszłości przerośnie nasze wyobrażenie o świecie?
Jak się będziemy czuli z myślą, że nie nadążamy?


Doświadczenie 2.
Kontekst: pełniłam obowiązki w zastępstwie szefa pełniącego obowiązki szefa ;-) [tak, nadal nikt nie przejął schedy po zmarłym i wciąż mamy szefa p.o.] i doświadczalnie, aczkolwiek z niebywałym zdziwieniem, przekonałam się, że faktycznie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Albowiem waliło się i paliło tak, jak nieraz już się waliło i paliło w moim ZAKŁADZIE, ale tym razem to ja musiałam ugasić ten pożar w burdelu. I zrozumiałam, że pretensje, które miałam w podobnych sytuacjach do szefostwa o niedostateczny radykalizm były nie na miejscu. A nawet setki mil od miejsca ;-)
Nie sądziłam, że ogląd spraw zmienia się AŻ TAK, kiedy patrzy się na nie pod innym kątem.
Już dawno nic mnie tak nie zaskoczyło jak ta konstatacja.

niedziela, 31 stycznia 2010

każdy orze jak może ;-)

Obejrzałam dwa filmy bez tradycyjnie rozumianych dialogów: „Skrzata” (Skřítek) i „Spiskowców rozkoszy” (Spiklenci slasti) – oba czeskie – i bez żadnego związku z nimi ;-) zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy zupełnie nie potrafili operować słowami albo gdybyśmy pozostali na poziomie języka znanego np. z „Walki o ogień” (La Guerre du Feu).

Skupiłam się - być może zasugerowana tematyką filmów ;-) - tylko na jednej sferze ludzkiego życia, uczuciowej, a moja wyobraźnia natychmiast zaczęła mnożyć pytania.

Jak alkoholik i/lub sadysta znęcający się nad żoną sprawiłby, żeby żona od niego nie odeszła, jeśli nie mógłby jej wstawić kitu, że to ostatni raz, że się poprawi, że ją kocha...?

Jak niewierni partnerzy tłumaczyliby się ze swoich nieobecności, roztargnienia, braku zainteresowania itp. jeśli nie mogliby kłamać słowami?

Jak ktoś, kto przestał kochać i tkwi w związku z poczucia obowiązku albo strachu przed samotnością wmówiłby partner/ce/owi, że jest inaczej?

itede

itepe

Tą drogą doszłam do konkluzji, że mowa jest praktyczna jak cep, sierp czy pług. Jest narzędziem, które znajduje zastosowanie w okolicznościach praktycznych/prozaicznych (typu PRACA), a w okolicznościach niepraktycznych/metafizycznych trzeba ją traktować jak stare radło stojące w ogrodzie na zmechanizowanej farmie. Jak ozdobę.
Budowania DOMU nie zaczyna się od ozdób, tak jak nie zaczyna się od dymu z komina, nawet jeśli o czymś takim piszą poeci – historia literatury uczy, że poeci rzadko bywają dobrymi partnerami na życie.


ps
Przy każdym kontakcie ze słowem pług, przypomina mi się czeskie zdanko: porucha na ruchadle, które oznacza awarię pługa. A pług, notabene, wynaleziono w Czechach.

sobota, 30 stycznia 2010

do serca podchodzi mi lód

Pewnego (nie)pięknego zimowego dnia uświadomiłam sobie, dlaczego z zimą tak bardzo mi nie po drodze.
A było to tak:
Jechałam sobie autkiem przez zaśnieżony krajobraz. Wszystko wokół było białe i jakieś takie... Długo nie mogłam określić jakie. Aż wyświetliło mi się w (cienkiej od niewysypiania) korze mózgowej słowo NIERUCHOME (było jak czerwony neon ;-)).
To było to.
To właśnie brak jakichkolwiek oznak życia/ruchu uświadomił mi, że nie lubię zimy, bo ją i mnie charakteryzują/konstytuują odmienne wibracje. Na maxa odmienne.
Ja jestem niby stabilną formą materii, ale wewnątrz wszystko mi drga i wibruje. Jestem jak atom, który kiedyś badaczom wydawał się jednolitą cząstką materii, a jak mu się w końcu bliżej przyjrzeli, to zobaczyli latające wte i wewte elektrony...
Zima natomiast sprawia, że życie wewnętrzne wszystkiego dookoła zamiera albo przynajmniej zwalnia – oczywiście dotyczy to istot i zjawisk rozsądniejszych niż ludzie.
Nawet podczas zawiei i zamieci śnieżnych istotą zimy, jej sednem, pozostaje brak ruchu.
I zima robi wszystko, żeby tym lodowym bezruchem zarazić wszystko dookoła – nawet ja miewam ostatnio oszronioną duszę i czuję lód w sercu...

Ale się nie dam!
Tak mi dopomóż... wiosno ;-)

ps
Ależ ta dziewczyna ma głos!

wtorek, 19 stycznia 2010

jak tak patrzę na 50% moich zawodowych obowiązków...

... i przypominam sobie słowa Rémiego Gaillarda:

Robiąc byle co, stajesz się byle kim!

to mi trochę słabo.


ps
alternatywa

sobota, 2 stycznia 2010

pytanie na sobotę

Traktować swoje ciało jak świątynię czy jak lunapark?
- Którą opcję wybrać, żeby na łożu śmierci nie żałować decyzji?