Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lipca 2010

Armageddon was yesterday – today we have a serious problem

Miałam parę kilo czasu, więc zabrałam się za książki Stiega Larssona.
Leżały dotąd odłogiem nie tylko dlatego, że nie miałam czasu na czytanie – chciałam raczej, żeby wyblakły mi w pamięci filmy nakręcone na ich podstawie.
Po przeczytaniu całego cyklu „Millenium” wspomnienia filmowe ożyły o tyle, że zaczęłam się zastanawiać, czy po ich obejrzeniu Larssona trafiłby szlag, czy by nie trafił. I nie chodzi o to, że te filmy są złe, bo nie są, ale o to, że wypaczono w nich zamysły autora. Moim zdaniem w zasadniczych kwestiach i w sposób niczym nieuzasadniony.

Jeśli jeszcze nie przeczytałaś/przeczytałeś trylogii „Millenium” – ZRÓB TO.

Czyta się szybko, mimo budzącej szacunek ;-) objętości każdego tomu. A tematyka powinna chyba zainteresować każdego, skoro mamy do czynienia jednocześnie z kryminałem, dramatem psychologicznym, thrillerem, powieścią sensacyjną, detektywistyczną… itede
Co ciekawe, są tacy, którzy twierdzą, że wszystkie opisane przez Larssona afery wydarzyły się naprawdę.


A teraz cienka szara linia, której nie należy przekraczać, jeśli nie przeczytało się trylogii „Millenium” Stiega Larssona lub nie obejrzało się wszystkich filmów nakręconych na ich podstawie.


Które zmiany, wprowadzone przez scenarzystów, najbardziej nie przypadły mi do gustu?

Primo
Nie rozumiem, dlaczego nie pokazano stylu życia Mikaela Blomkvista, a pośrednio również Eriki Berger?
Romans mężatki i rozwodnika nie wydał się filmowcom zbyt niegrzeczny [aczkolwiek z Mikaela, o ile dobrze pamiętam, zrobili kawalera], ale już pokazanie, że mąż Eriki nie ma nic przeciwko temu, a poza Eriką Mikael sypia z innymi kobietami [nie tylko z Lisbeth, nie tylko!] i jej to nie przeszkadza, to już było za wiele?

Secundo
Nie rozumiem, dlaczego zasugerowano, że Lisbeth zaczyna unikać Mikaela, gdyż obawia się miłości po tym, jak jej matka została wyjątkowo źle potraktowana przez ukochanego mężczyznę?
Ta zmiana – kiedy ją przemyślałam – zirytowała mnie szczególnie, bo wydaje mi się, że Larsson, nie pisząc tego wprost, pokazał, jak powinna się zachować osoba, która ma wobec innego człowieka oczekiwania, których on nie może spełnić.
Kiedy Lisbeth uświadamia sobie, że zakochała się w Mikaelu i czuje zazdrość, widząc go z Eriką, nie żąda od niego, żeby z Eriką zerwał, bo zna jego przeszłość i wie, że właśnie z powodu Eriki rozpadło się jego małżeństwo. Zamiast tego – rezygnuje ze związku z nim. Nie dlatego, że to było łatwe, ale dlatego, że chciała więcej niż on mógł jej dać.

Tertio
Nie pojmuję, dlaczego w „Zamku z piasku, który runął” zrobiono z Eriki Berger taką tchórzofretkę?
Tego Larsson filmowcom by nie wybaczył!

Bo Stieg Larsson był zdeklarowanym feministom i widać to wyraźnie w jego powieściach, za co polubiłam go jeszcze bardziej niż za to, że był numerologiczną 33 ;-)

Bardzo, bardzo spodobał mi się motyw z Tą z TV4. To ona, Ta z TV4, jako pierwsza spośród wszystkich dziennikarzy spoza „Millenium” zainteresowała się aferą Wennerströma, ale kiedy o aferze mówili już wszyscy – temat został przekazany jej kolegom, MĘŻCZYZNOM. Gdy Mikael Blomkvist to zauważył, oświadczył, że będzie rozmawiał tylko z nią. Stacja chciała kręcić z nim wywiady, więc musiała ulec.
A do ciekawostek należy dodać, że Mikael zachował się WZORCOWO pomimo tego, że Ta z TV4 jako jedna z nielicznych nie chciała iść z nim do łóżka ;-)



Kiedy tak sobie rozmyślam o feminizmie Larssona, to szlag mnie trafia na myśl o tym, co się wyrabia w moim kraju. W kraju, w którym kandydat na prezydenta – i wybrany na tegoż – emituje spot wyborczy, w którym żona podaje mu zupę, bo był grzeczny, a kiedy feministki zwracają na to uwagę, to przekracza granice żenuły w tłumaczeniach i oburzeniu. A przede wszystkim – w braku zrozumienia sedna sprawy.

Powiedzcie, bo mnie to męczy, czy naprawdę tak trudno było zrozumieć meritum?

Po protestach feministek Bronisław Komorowski, wespół z żoną, wmawiał społeczeństwu, że on też wykonuje prace domowe. Ale skoro tak, to powstaje pytanie: dlaczego to nie taką scenę pokazano w spocie wyborczym?
Czyż dokonany wybór nie świadczy najdobitniej o obowiązującej w naszym kraju „normie”? I czy utrwalanie owej chorej „normy” przez polityka pretendującego do stanowiska prezydenta nie świadczy źle o tym polityku?

Jeszcze fatalniej postąpiła Anna Komorowska, kiedy z oburzeniem stwierdziła, że – nie cytuję tylko streszczam własnymi słowami – feministki walczą przecież o to, żeby każda kobieta mogła żyć tak, jak chce, więc i ona może być „kurą domową”, skoro tego chce.
Nie wiem czy ktoś tej pani [teraz już First Lady, cholera] wyjaśnił, że faktycznie może sobie robić co chce i być kim chce, ale jeśli jest żoną polityka w kraju, w którym naprawdę wielkim problemem jest walka z wyzyskiem kobiet i brakiem równouprawnienia, to afiszowanie się właśnie w TAKIEJ sytuacji i promowanie właśnie TAKIEGO stylu życia nie świadczy dobrze ani o kompetencjach polityka ani o inteligencji jego żony.

Już Arystoteles rozumiał politykę jako rodzaj sztuki rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. A wg Wikipedii współczesna definicja polityki zakłada, że jest to:
działalność polegająca na przezwyciężaniu sprzeczności interesów i uzgadnianiu zachowań współzależnych grup społecznych i wewnątrz nich za pomocą perswazji, manipulacji, przymusu i przemocy, kontestacji, negocjacji i kompromisów, służąca kształtowaniu i ochronie ładu społecznego korzystnego dla tych grup stosownie do siły ich ekonomicznej pozycji i politycznych wpływów.

Obserwując zachowanie nowo wybranej pary prezydenckiej można dojść do wniosku, że albo feministki mają marną pozycję i zero politycznych wpływów, albo Bronisław Komorowski jest zwolennikiem polityki średniowiecznej, której zasadniczym celem było uzasadnianie uprzywilejowania jednych i braku praw innych.


ps
Uroczyście oświadczam, że tytuł tego „odcinka” nie jest aluzją do wydarzeń dnia wczorajszego [w sensie wyborów prezydenckich] – jest to text z jednej spośród koszulek Lisbeth Salander, którą to Lisbeth niniejszym zaliczam do grona moich ulubionych bohaterek literackich.
Jej twórcę, Stiega Larssona, zaliczam do grona moich ulubionych pisarzy i ulubionych ludzi. Ostatecznie: Nie śmierć rozdziela ludzi, lecz brak miłości...

piątek, 14 maja 2010

szukając Alaski

Nie pamiętam już, jak dowiedziałam się o istnieniu tej książki, ale kiedy tylko usłyszałam (zobaczyłam?) tytuł: „Szukając Alaski”, to MUSIAŁAM ją przeczytać.
I nic nie mogło mnie powstrzymać, choć przez jakiś czas nie wydawało się to wcale takie oczywiste, bo nie było jej w księgarniach, od których zaczęłam poszukiwania.
Kiedy już się zmartwiłam, że cały nakład został wyczerpany – znalazłam ją wśród książek oferowanych w wyprzedaży i kosztowała mnie… 5PLN.
Czyż nie jest to piękna ilustracja do słów: Pukaj, a drzwi się otworzą. Proś, a otrzymasz?
;-)

Miejscem akcji powieści jest szkoła z internatem w Alabamie, do której wyjeżdża chłopak z Florydy. A choć filmy i książki przyzwyczaiły nas do dzieciaków, które do takich szkół wysyła się niemal przemocą – tutaj takich nie znajdziemy. Także Miles wyjeżdża na własne życzenie i z ochotą, a wyjaśniając swoją decyzję rodzicom, cytuje ostatnie słowa Rabelaisa: „Udaję się na poszukiwanie Wielkiego Być Może” i dodaje, że on sam nie chce z takimi poszukiwaniami czekać do śmierci.
Co Miles znajduje w nowej szkole? Coś, czego nie miał w poprzedniej – przyjaciół.

Czas akcji liczony jest od 136 dni PRZED do 136 dni PO wydarzeniu, którego jakoś tak dziwnie się spodziewałam, ale do ostatniej chwili wmawiałam sobie, że… autor mi [czytelniczce] tego nie zrobi.
A zrobił.

A propos, autorem książki jest John Green, który debiutował nią w roli pisarza i zebrał za nią naręcze nagród, co wszakże o niczym nie świadczy gdyż ci szaleni Amerykanie obficie obsypali nagrodami nawet „Zmierzch”.

Skoro nie można ufać nagrodom, to czy można zaufać mojej opinii o tej książce?
Ależ skąd!

Jej najbardziej interesująca bohaterka ma na imię Alaska i zachwyca się słowami Wystana Hugh Audena, które mnie wprost zwaliły z nóg:
Miłuj bliźniego – oszusta
Sercem, w którym także jest fałsz

[Tak, to o tę książkę WTEDY chodziło.]

Inny genialny cytat z tej powieści, to słowa wypowiadane przez Alaskę:
Nie możemy kochać naszych bliźnich, dopóki nie dowiemy się, jak bardzo są ułomni.

No więc pokochałam tę książkę i choć widzę jej wady, to wam o nich nie powiem – sami je poznajcie ;-)
I wady tytułowej bohaterki również – powiem wam tylko, że jest piękna, szalona i bynajmniej nie jest aniołem.

A jeśli chodzi o imię Alaska to: w prezencie na siódme urodziny rodzice pozwolili jej wybrać sobie imię, a ona szukała go… na globusie. Wybrała Czad, ale ojciec powiedział jej, że to imię męskie, więc stanęło na Alasce, bo… była wielka i była daleko od domu.
Później imię Alaska zaczęło się Alasce podobać jeszcze bardziej, bo dowiedziała się, że pochodzi od aleuckiego słowa Alyeska, które znaczy „ta, o którą rozbijają się fale”.

[Gdyby mój nick mógł mi się podobać jeszcze bardziej, to pewnie tak by się stało po tej informacji ;-)]


ps

W tle Izrael śpiewa mi:
Jestem duszą w podróży i marzycielem
Próbuję zasiewać nasiona miłości i zrozumienia


Czad! ;-)

I troszkę się ubzdryngoliłam Martini


Miłego weekendu.

poniedziałek, 3 maja 2010

Larsson rulez

Nie wierz mi, nie ufaj mi, kiedy napiszę – a właśnie to napiszę – że warto przeczytać serię/trylogię „Millenium” Stiega Larssona i obejrzeć filmy nakręcone na jej podstawie.
Nie powinnaś/powinieneś mi ufać z dwóch powodów:
1. Przeczytałam, jak dotąd, tylko pierwszą część serii pt. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” [reszta jest w którymś punkcie czasoprzestrzeni między zamówieniem w księgarni internetowej, a moim domem]
2. Stieg Larsson był numerologiczną TrzydziestkąTrójką, więc nie jestem w stanie patrzeć na niego i jego twórczość obiektywnie

Na szczęście nie jestem jedyną osobą, która wypowiada się na temat książek Larssona, więc spokojnie możesz zaufać innym i… jednak uwierzyć, że faktycznie warto je przeczytać ;-)

Filmy na podstawie jego książek obejrzałam wszystkie trzy.
Najbardziej spodobała mi się pierwsza część. Reszta wciągnęła mnie siłą rozpędu.
Najsłabsza jest część druga, ale i tak oglądałam ją z przyjemnością, bo pokochałam obsadę i mogłabym tak sobie na nich patrzeć, jak – nie przymierzając – na rybki w akwarium ;-)

Nie wiem dlaczego pociągają mnie aktorzy, którym wiekowo bliżej do moich rodziców niż do mnie [dobrze, że w realnym życiu takich facetów nie spotykam, bo groziłaby mi gerontofilia], ale – wzdychając do brzydkiego/pięknego Michela Nyqvista – odkryłam kolejną cechę charakterystyczną dla tych, którzy wpadają mi w oko. Otóż ich twarze wyglądają inaczej kiedy są poważne, a zupełnie inaczej, kiedy ich posiadacze decydują się na uśmiech.
To chyba kolejny dowód na to, że stabilizacja, stałość, trwałość, pewność i niezmienność nie są tym, co mnie fascynuje, pociąga i budzi pożądanie ;-)

Aha! Niedawno okazało się, że widzę świat w sposób charakterystyczny dla ezoteryków i ludzi z jednostronnym zaburzeniem uwagi [ale to drugie raczej mnie nie dotyczy], co może mieć tutaj pewne znaczenie. Chodzi o to, że patrząc na parę tzw. chimerycznych twarzy [połowa chimerycznej twarzy jest wesoła, a połowa smutna] widzę duże, wręcz ogromne, różnice w wyrazie twarzy, które są jedynie swoim symetrycznym odbiciem.
[Szczegóły w czasopiśmie „Psychologia dziś” nr 2 (9)/2010, artykuł pt. „Paranienormalni”]

Podczas seansów „Millenium” ponownie ujawnił się mój [domniemany, bo jak dotąd nie… powiedzmy, nie skonsumowany] biseksualizm, o którym już prawie zapomniałam – Noomi Rapace w roli Lisbeth Salander… MNIAM!


A jeśli chodzi o standardowe pytanie czy film jest lepszy od książki, czy odwrotnie, to mogę się wypowiedzieć tylko o pierwszej części. A do powiedzenia mam tyle, że się różnią.
W filmie pominięto niektóre wątki, niektóre zmieniono, czasem miałam wrażenie, że niepotrzebnie, ale film i tak jest DOBRY, podobnie jak jego książkowy pierwowzór.

Miłego czytania i/lub oglądania.

czwartek, 29 kwietnia 2010

majówka z dreszczykiem ;-)

Jakie macie plany na pierwszy majowy weekend, w tym roku niezbyt długi?
Ja mam fascynujące: regularne płukanie gardła, inhalacje, zabawy z nebulizatorem…
Więcej nie zdradzę, bo was skręci z zazdrości ;-)

Jeśli komuś brakuje dreszczyka [Ja mam! Ha!] to proponuję zagadkę, związaną z jedną spośród ostatnio przeczytanych przeze mnie książek.
Otóż:

pokochałam kontrowersyjną bohaterkę pewnej powieści w chwili, w której stwierdziła, że ten oto cytat z wiersza Wystana Hugh Audena:

Miłuj bliźniego – oszusta
Sercem, w którym także jest fałsz


jest doskonały.

Bo faktycznie taki jest.



Pytanie 1: Jaki tytuł ma książka?
Pytanie 2: Jak ma na imię w/w bohaterka powieści?



Ostrzegam, że podczas szukania odpowiedzi wujek Google będzie oporny we współpracy.
A w związku z tym proponuję:
Podpowiedź 1: Zazwyczaj pakują tę książkę do działu Dla młodzieży.
Podpowiedź 2: Nabyłam ją ze względu na tytuł - ma taki, że wprost nie mogłam się oprzeć. NAPRAWDĘ.

Powodzenia!



ps
Nagroda do negocjacji ;-)

wtorek, 27 kwietnia 2010

kojarzę i obstawiam

Po przeczytaniu „Księgi bez tytułu” niejakiego Anonima męczyło mnie pytanie, kto wpadł na taki odjazdowy pomysł promocji książki - wydanie jej pozornie bez tytułu i utajnienie autora.
Nie, żeby mnie ta powieść jakoś szczególnie zachwyciła, ale nie mam jej też nic do zarzucenia.
Jest dobra W PRZYJĘTEJ KONWENCJI.
No i zabawna.
[Ciekawa recenzja TAM]

Pomyślałam, że jej autorem musi być ktoś znany/popularny na tyle, żeby nie martwić się o to, czy wydadzą mu kolejne powieści, jeśli nie będzie się mógł pochwalić, że jest autorem również tej.
Za tym, że nie jest to debiutant przemawia również fakt, że wydawnictwo zdecydowało się na taką formę promocji – dowodząc w ten sposób wiary w to, że tekst obroni się sam i nie będzie trzeba posiłkować się nazwiskiem autora, żeby go sprzedać.
[Po dłuższym namyśle, nie świadczącym dobrze o mojej inteligencji, zrozumiałam, że to ryzyko nie było takie wielkie, bo przecież w każdej chwili mógł się pojawić „przeciek” z nazwiskiem autora.
A może już był…
?
I mój tekst to już musztarda po obiedzie…?
Wiecie coś o tym?]

Najdłużej zastanawiałam się nad charakterem autora wydanej w taki sposób powieści.
A więc nad charakterem człowieka, który spędził mnóstwo czasu na pisaniu książki, którą musiał przecież uznać za wartą napisania, skoro ją napisał.
Pisał… pisał… tworzył… dopieszczał swoje dzieło… dopieszczał…
A na koniec oddał ludziom, nie wypinając dumnie [wątłej prawdopodobnie] piersi i nie wskazując na nią ze słowami:
Jam to, nie chwaląc się, napisał.

Kogo byłby stać na coś takiego?

Dzisiaj przyszło mi do głowy, że kogoś, kto już jest NAPRAWDĘ sławny.
A tym bardziej kogoś, kto jest znany z innej działalności i kto chciał sprawdzić czy jego książki są popularne dlatego, że on jest ich autorem, czy dlatego, że to one same podobają się czytelnikom.

Od dzisiaj mam swój typ.

Dzisiaj zaczęłam czytać „Sprzedawcę broni” Hugh Lauriego i MI SIĘ SKOJARZYŁO.

I będę bardzo zdziwiona, jeśli się okaże, że to nie Laurie jest autorem „Księgi bez tytułu”.

A wy kogo obstawiacie?



ps
Informacja dla niewtajemniczonych [prawdopodobnie przybyszy z innej planety]: Hugh Laurie to ten aktor, który gra doktora House’a w serialu „Dr House”.

wtorek, 16 marca 2010

muzy mają płeć, a literatura?

Zabrałam się za porządki na kolejnych półkach z książkami, a trzymając w ręku „Wojnę żeńsko-męską i przeciwko światu” Hanny Samson, przypomniałam sobie, że zawiera „kawałek”, który na dłuższą chwilę oderwał mnie od fabuły, ten oto:

Codziennie chodzę do najbliższej księgarni sprawdzić, jak idzie moja książka. Pisałam ją cztery lata. Kiedy inni bawili się, oglądali telewizję, jeździli na wakacje, ja pisałam. Wiedziałam, po co. Ta książka miała odmienić moje życie. Ale nie odmieniła, bo nie idzie. (...) Bez promocji, reklamy, zachwytu lub zgorszenia mediów, specjalnej oferty klubowej, karty stałego klienta, wyprzedaży, przeceny, okazji, kto kupowałby powieść nieznanej autorki? A jak mam być znana, skoro nikt o mnie nie pisze? Kobiety nie piszą, bo niby czemu miałyby pisać o kobiecie? Jeśli już wspomną to raczej wstydliwie, że z niższej półki (...) Mężczyźni w ogóle nie piszą o mojej książce. Nie piszą, bo nie czytają, odrzuca ich na sam widok, to takie kobiece, więc chyba pisane dla kobiet, my, mężczyźni, sami sobie piszemy i sami sobie czytamy, i nie potrzebujemy czytać tego, co piszą kobiety.

Przeczytałam ten fragment ponownie i – jak za pierwszym razem – przypomniało mi się spotkanie z lokalnym twórcą, bodaj uważającym się za poetę, w którym uczestniczyłam jako licealistka. Kiedy nadszedł czas zadawania pytań, ktoś go zapytał o ulubionych autorów, a on zaczął wymieniać nazwiska, których było całkiem sporo, tyle że nagle strasznie uderzyło mnie to, że gość wymienia samych facetów. Kiedy skończył, zapytałam go, czy wśród jego ulubionych autorów naprawdę nie ma żadnej kobiety i facet zamarł na chwilę. Chyba sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Był totalnie zaskoczony, a ja powiedziałam tylko: „Rozumiem.” I…
Wyobraźcie sobie salę gimnastyczną wypełnioną licealistami i belframi [małe było to moje LO, więc się nie rozpędzajcie z tą fantazją]. Widzicie to? No to wyobraźcie sobie, że w tej ciszy, która zapadła po moim pytaniu, w obliczu tego zastygłego w namyśle twórcy na froncie, ja sobie wstaję, odwracam się i wychodzę.
Wszystkich tak zamurowało, że nikt, nawet nauczyciele, mnie nie zatrzymywał.

Do tej pory, kiedy tylko o tym pomyślę, zastanawiam się czy na kolejnych spotkaniach ów poeta w odpowiedzi na podobne pytania wymieniał jakieś kobiety, czy nie. ;-)

Czy zatem każdy musi mieć wśród ulubionych autorów kobiety?
Ależ skąd!

Czy ja muszę utrzymywać jakieś kontakty z osobnikami czytającymi wyłącznie twórczość mężczyzn?
- To chyba może pozostać pytaniem retorycznym.

A co ma zrobić ktoś, komu naprawdę nie podoba się nic, co napisały kobiety?
Moim zdaniem, może się utopić.

sobota, 20 lutego 2010

społeczeństwo wojujące... tylko (p)o co?

Czytając „Żmiję” Andrzeja Sapkowskiego najdłużej zatrzymałam się na fragmencie mówiącym o powrocie żołnierzy, którzy przeżyli wojnę w Afganistanie, do domów. Do żon, które nie dotrzymały małżeńskich przysiąg i tylko czekają na pretekst, żeby odejść. Do społeczeństwa, które „zachowało się(...) niemal identycznie jak żony(...) i dumnie wyparło się własnego kurestwa”.

Po przeczytaniu textu:
Nagle okazało się, że wszystkiemu, absolutnie wszystkiemu winni są ci dziwni, opaleni na brąz chłopcy o oczach starców, noszący na piersi ordery(...), medale(...) Chłopcy oszpeceni, chłopcy niewidomi, chłopcy bez rąk, chłopcy o kulach, chłopcy na wózkach. To oni są wszystkiemu winni i dobrze im tak. Powinni przeprosić. Powinni się pokajać. Powinni przysiąc, że już nigdy więcej. A my społeczeństwo, odrzucimy te ich przeprosiny i kajania, my nie wybaczymy. My skażemy. Najpierw na pręgierz. Potem na zapomnienie.
pomyślałam, że nie dotyczy tylko rosyjskich weteranów z Afganistanu, ale wszystkich uczestników wojen. Najpierw wydawało mi się, że taki los spotyka tylko walczących po stronie przegranych albo po stronie, która nie zdobyła tego, o co walczyła – tutaj ze szczególną ostrością przypomniał mi się film „Urodzony czwartego lipca” – ale potem zmieniłam zdanie. Uświadomiłam sobie, że nawet o bohaterach wojen obronnych pamiętamy – my, społeczeństwo – tylko od czasu do czasu, z okazji jakichś patriotycznych świąt, ale wystarczy pomyśleć np. o informacji, która niedawno obiegła wszystkie media, że Żołnierze Armii Krajowej, powstańcy warszawscy, którzy narażali swoje życie dla Ojczyzny podczas II wojny światowej nie mają prawa do refundacji leków, aby zrozumieć, że na co dzień mamy tych, którzy za nas walczyli w głębokim... zapomnieniu.

Inna rzecz, że dotyczy to wszystkich bohaterów – nie tylko tych, którzy walczyli zbrojnie, ale i dzielnych strażaków, policjantów, ratowników itede oraz przypadkowych ludzi, których (wy)czynami zachwycamy się pięć minut, a potem mamy ich w nosie.

Uczestnicy przegranych lub wątpliwych moralnie batalii mają o tyle gorzej, że nie zostawiamy ich w spokoju, ale POTĘPIAMY.

Moja kuzynka chodzi z zawodowym żołnierzem, który uczestniczył w jednej z misji w Iraku. Każdy, kto o tym usłyszy, zaczyna dziwnie mu się przyglądać. Zaczyna się zastanawiać/pytać czy spotkało go coś strasznego albo czy on zrobił tam coś złego...
I każdy pyta, dlaczego on tam pojechał - jakoś nikt nie zakłada, że kierował się patriotyzmem czy jakimś rodzajem poczucia obowiązku.
I słusznie. Bo on sam twierdzi, że pojechał tam dla KASY.
Czy go za tę motywację potępiam?
Ja, która jestem przeciwna wysyłaniu naszych żołnierzy na misje militarne gdziekolwiek poza granice naszego kraju...?
Nie.
Ten chłopak pochodzi z niepełnej rodziny, aczkolwiek pełnej alkoholików, niewiele się nim zajmowano w dzieciństwie, a w szczególności nikt nie przejmował się jego wykształceniem – nie dano mu zbyt szerokiego wyboru, więc korzystał z nadarzających się okazji.
A kto odpowiada za to, że właśnie takie okazje mu się nadarzały?
Rząd?
A może my wszyscy, którzy siedzimy cicho i potulnie zgadzamy się na to, żeby mówiono, że POLACY (czyli również ja i ty) gdzieś tam w świecie zabijają ludzi?


ps

Wydaje ci się, że ty nie popatrzył(a)byś dziwnie na żołnierza, który wrócił z misji wojskowej?
Pamiętam, że miałam kiedyś podobne złudzenie...

sensoterapia

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o logoterapii pomyślałam, że to tak interesująca teoria, że muszę się o niej dowiedzieć jak najwięcej.
Pomyślałam i... na tym się skończyło.
Dopiero niedawno wpadła mi w oko książka Viktora Frankla „Człowiek w poszukiwaniu sensu” i przypomniało mi się, że miałam się bliżej przyjrzeć teorii głoszonej przez tego pana. Wobec tego książkę nabyłam, przeczytałam wte i wewte i... ucieszyłam się, że znalazłam taką piękną koncepcję psychologiczną, niemal w stu procentach zgodną z moimi wyobrażeniami na temat konstrukcji człowieka :-)

W logoterapii za podstawową motywację w ludzkim życiu uznaje się poszukiwanie sensu egzystencji – nie chodzi przy tym o znalezienie jakiegoś sensu uniwersalnego, takiego dla wszystkich, ale unikatowego, właściwego tylko dla konkretnej jednostki i tylko przez tę jednostkę realizowanego.
Sens jaki nadajemy swojemu życiu może ulegać zmianom w czasie, a postrzeganie sensu w jakiejś konkretnej chwili sprowadza się do uświadomienia sobie, jakie osobiste znaczenie tej właśnie chwili nadajemy i jak w danej sytuacji możemy postąpić.
A podejmując decyzje warto pamiętać o imperatywie kategorycznym logoterapii:
Żyj tak, jakbyś żył po raz drugi, i tak, jakbyś za pierwszym razem postąpił równie niewłaściwie, jak zamierzasz postąpić teraz!

Co ciekawe, Frankl sprzeciwia się tezie, że człowiek potrzebuje wewnętrznej równowagi, a w zamian tego lansuje następującą teorię:
(...) podstawą zdrowia psychicznego jest pewien stopień napięcia – rozdźwięk pomiędzy tym, co już osiągnęliśmy, i tym, co jeszcze musimy osiągnąć, albo tym, kim jesteśmy, a kim być powinniśmy.

Kiedy przeczytałam to zdanie, zaczęłam się zastanawiać, czy Stanisław Lem znał założenia logoterapii, czy zupełnym przypadkiem w „Rozprawie” napisał to samo tylko innymi słowami:
(...) człowieczeństwo jest to suma naszych defektów, mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym, czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura miedzy ideałami a realizacją (...)
Jeśli ktoś wie, to niech da znać.


ps
Obudziłam się dzisiaj jako ideał kobiety – z męskich wizji – albowiem dolna warga przyrosła mi do górnej...
Wcale nie żartuję, niestety.
Przyczyną była rana po tzw. „zimnie”, więc proszę się nie śmiać, nawet jeśli to trudne, BO TO NAPRAWDĘ BOLAŁO. I wciąż boli jak jasna cholera.
A sensu nie ma ;-)

niedziela, 24 stycznia 2010

nieoczekiwane dywidendy z kryzysowej inwestycji sprzed lat ;-)

Brak snu i stres są szkodliwe dla zdrowia, urody i umysłu, wiecie?

Co parę dni mam nawroty kataru, wypadają mi włosy, nie chce mi się żyć, każdy odcinek serialu "True Blood" oglądam po kilka razy, a oprócz niego bawią mnie jedynie książki Jane Austen oraz kupowane pewnego roku po 9,90 PLN romanse (albo raczej komedie romantyczne) polskich autorek, wydane wówczas w serii "Literatura na obcasach" (kiedy je kupowałam też przeżywałam kryzys).
Jestem pewna, że czytałam je wszystkie natychmiast po nabyciu, ale nie pamiętam szczegółów (szczegóły ówczesnego kryzysu pamiętam natomiast doskonale), a "Mężczyzny do towarzystwa" Dominiki Stec nie pamiętałam wcale, dzięki czemu dzisiejszej nieprzespanej nocy miałam ubaw po pachy, gdyż – licząc na oko – średnio co 5 stron płakałam ze śmiechu.
A potem wreszcie zasnęłam.


Moja praca nie jest tego warta.


Nic nie jest tego warte.



Jestem głupia jak sanki ;-)

środa, 20 stycznia 2010

pani Hanna dała czadu

Oddziaływanie przejawów absurdalnego humoru na mój organizm niemal zawsze przebiega według tego samego algorytmu: biorę odważnie na klatę duże dawki i przyjmuję ze spokojem, dopóki nie przeleje się czara mojej powagi, a wtedy padam uchachaną aalaaskąą.
Ewentualnie turlam się.
Ewentualnie płaczę...
Czytając „Wojnę żeńsko-męską i przeciwko światu” Hanny Samson dotrwałam aż do chwili, w której bohaterka powieści przyjęła pierwszą dawkę testosteronu. Przy opisie jej konfrontacji z taksówkarzem padłam. Wprost wyłam ze śmiechu, choć nie do końca była to reakcja konkretnie na tę scenę, ale raczej kumulacja śmiechu ze scen poprzednich.
Tak. „Wojna...” sprawiła, że się poturlałam, ale to zdecydowanie nie jest powieść humorystyczna. Za dużo w niej PRAWDY i dlatego najlepiej pasuje do niej słowo: groteska. Z komizmem przeplatają się tutaj treści, których nie waham się nazwać tragicznymi, a dotyczące niewesołej sytuacji kobiety w średnim wieku, żyjącej w patriarchalnym społeczeństwie, hołdującym kultowi młodości...

Kiedy już się wyśmiałam do ostatka, to nie mogłam przestać wyobrażać sobie reakcji otoczenia pani Samson, ze szczególnym uwzględnieniem jej praco(i kaso)dawców, na tę opowieść. Tak obśmiała środowisko, w którym się obraca i zajęcia, z których czerpie zyski, że nie wyobrażam sobie, w jaki sposób udało jej się wmówić wszystkim, że nie mają absolutnie nic wspólnego z postaciami z jej książki.
Na szczęście jest psychologiem, więc zapewne zna różne fajne sztuczki, które mogła wykorzystać ;-)

Co ciekawe, druga część opowieści o Barbarze Patryckiej pt. „Pokój żeńsko-męski na chwałę patriarchatu” wcale mnie nie śmieszyła. Jest tak prawdziwa, mimo wszystkich absurdów, nieprawdopodobieństw i fajerwerków, że aż przerażająco smutna. Smutna tym smutkiem, który szepcze do ucha: no śmiej się, śmiej, ale i tak wiesz, że to żadna fikcja, tylko najprawdziwsza prawda...
No chyba, że czytałam w nieodpowiednim nastroju.
Ale o tym przekonam się dopiero wtedy, kiedy zapodam ją sobie ponownie.
A zrobię to na pewno.
Czego i Wam życzę ;-)

niedziela, 10 stycznia 2010

o zmierzchu piszę o zmierzchu ;-)

Obejrzałam ekranizację „Zmierzchu” Stephenie Meyer i odpowiedziałam sobie na parę [parę, bo dokładnie dwa ;-)] pytań, na które wcześniej nie znalazłam odpowiedzi.

Przede wszystkim, zrozumiałam, co mnie do tej książki przyciągnęło.
Odpowiedź brzmi... uwaga... tytuł.
Serio.
Kocham zmierzch.
Moim chronotypem jest sowa, więc wieczorem czuję się wspaniale, a do tego uwielbiam zachodzące słońce, delikatną ciemność i pierwsze gwiazdy.
Podoba mi się nawet samo słowo zmierzch, które ma w sobie co najmniej połowę uroku odpowiadającego mu zjawiska...

A że w książce Meyer jest mało zmierzchu, toteż mi się nie spodobała ;-)


Drugie pytanie, na które znalazłam dokładniejszą niż poprzednio odpowiedź brzmi: z czyich pomysłów, Meyer zerżnęła najwięcej, pisząc swoją powieść?
Otóż z Melindy Metz, autorki „Roswell High”, na podstawie której powstał serial „Roswell: W kregu tajemnic”. Meyer zastąpiła kosmitów wampirami ale podobieństwa są oczywiste: rodziny adopcyjne, związek dziewczyny z nieludziem zaczynający się od tego, że nieludź ratuje jej życie, zdradzając przy tym swoją tajemnicę, z czego niezadowoleni są inni nieludzie...
itede itepe
Jak już to do mnie dotarło [przypadkiem włączyłam tivi akurat na powtórce "Roswell...", kiedy Max uzdrawiał Elizabeth], to okazało się, że na amerykańskich stronach www już dawno porównywano te dwa cykle...
Najczęściej powtarzane pytanie brzmi: "Are aliens more romantic than vampires?"
Mnie tam wszystko jedno.

Sezon na książkę pani Meyer uważam za zamknięty.
Ufff.

czwartek, 7 stycznia 2010

zapragnęłam mroku ;-)

W ciemności nie widzi się własnych dłoni.
Dzień w dzień pokornie zakładasz ciasny kołnierz istnienia.
Przeżuwasz, trawisz, wydalasz.
Pomału, niezauważalnie ślepniesz na ohydę codzienności.
Ludzie wokół zżerają się nawzajem.
Tym, którzy żrą najszybciej stawia się pomniki.
Rzeczywistość coraz mocniej zaciska się na szyi.


Po przeczytaniu powyższego fragmentu zapragnęłam natychmiast! posiąść "4 pory mroku" Pawła Palińskiego, ale muszę trochę poczekać na przesyłkę, więc... już nigdy tak łatwo jak teraz nie będziecie mogli wywołać mojego zielonookiego potwora - wystarczy oznajmić, że Wy już macie i się zachwycacie...

PS
A pierwsza książka którą w tym roku kupiłam (aczkolwiek paczka jeszcze nie dotarła) jest zatytułowana: "Życie. Piękna katastrofa".
Jaki wróży rok? ;-)

Mam nadzieję, że taki, w którym zrealizuję postanowienia noworoczne, bo jako pierwsze napisałam: "Zachowywać spokój w każdej sytuacji"...

piątek, 1 stycznia 2010

Nowy Rok z... wampirami ;-)

Podobno na kaca najlepsza jest praca, ale jakoś nie mam ochoty testować aż tak radykalnej terapii ;-)
Pielęgnując swoje zwłoki mniej radykalnie, wysłuchałam do końca audiobooka „Zmierzch” – pierwszą część sagi Stephenie Meyer pod tym samym tytułem.
Nie wiem dlaczego, ale strasznie się ubawiłam podczas tej... powiedzmy, lektury. I nie mogę się tłumaczyć posylwestrowym osłabieniem organizmu, ponieważ słuchanie tej chały bawiło mnie już wcześniej, zanim jeszcze pracująca na pełnych obrotach wątroba wyssała mi krew z mózgu ;-)
Na pewno duża w tym zasługa czytającej książkę Anny Dereszowskiej oraz... demotywatorów, o których myślałam podczas lektury i śmiałam się dziko (najbardziej powalił mnie TEN).
Po lekturze zastanawiałam się dlaczego coś równie naiwnego, harlequinowatego, mało oryginalnego, z niekonsekwentną i przewidywalną fabułą, dostarczyło mi tyle rozrywki, ale nie byłam i nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, więc zaczęłam się zastanawiać z czyich pomysłów Meyer zerżnęła najwięcej. Gdyby przeanalizować wszystkie wątki, to pewnie pierwszym źródłem okazałaby się Anne Rice, ale ja widzę najwięcej podobieństw do „Martwego aż do zmroku” Charlaine Harris – Meyer czerpała z niej garściami, aż dziw, że uszło jej to na sucho... Ale co mnie do tego! ;-)

Skoro jednak wspomniałam o książce Harris, to trudno nie wspomnieć o serialu „True Blood” [jakoś nie leży mi tytuł „Czysta krew”, choć nie jest jakoś szczególnie drażniący – zwłaszcza na tle innych dokonań osób tłumaczących tytuły filmów], tym bardziej, że puszczają u nas właśnie drugi sezon, który podoba mi się tak samo jak pierwszy, choć jest mniej pornograficzny [coś a propos] ;-)

Nie wiem na czym polega fenomen podobnych opowieści – pewnie można doszukiwać się w nich jakiegoś drugiego dna i pretekstów do ogólniejszych rozważań, ale to bardziej dowód na potwierdzenie tezy, że mądry więcej się uczy od głupiego niż głupiec od mądrego niż dowód tego, że owo drugie dno faktycznie istnieje ;-)

A jeśli chodzi o ekranizację „Zmierzchu”, to... na pewno ją obejrzę - wbrew rozumowi, który mówi mi, że to strata czasu. Fabułę filmu już znam, więc przejrzałam też materiały promocyjne i okazało się, że jeśli chodzi o obsadę, to – jak zwykle – najbardziej (w tym zestawieniu) podoba mi się aktor grający megaszwarccharakter czyli Cam Gigandet.

ps
Toast na dziś: Oby Was/nas w 2010 roku wampiry nie pokąsały!

ps2
No chyba, że ktoś tylko o tym marzy... ;-)

niedziela, 25 października 2009

moda na prokrastynację


Morgen, morgen, nur nicht heute, sagen alle faule Leute (jutro, jutro, byle nie dzisiaj, mówią wszyscy leniwi ludzie) głosi niemieckie przysłowie. A tendencja do odkładania wszystkiego na później bywa – nie wiedzieć czemu ;-) – nazywana „syndromem studenta”, chociaż jest problemem wielu ludzi, którzy studia mają już dawno za sobą. A że ostatnio mówienie o prokrastynacji stało się modne, więc swoim dzisiejszym postem wpiszę się [choć raz] w modny trend ;-)
O zwalczaniu skłonności do prokrastynacji najlepiej napisał – IMO – Neil Fiore w poradniku „Nawyk samodyscypliny”, bo – mimo tytułu jaki nadano jego poradnikowi (zresztą taki nieadekwatny tytuł ma tylko u nas, w oryginale jest: The Now Habit: A Strategic Program for Overcoming Procrastination and Enjoying Guilt-Free Play) –jako jeden z nielicznych nie skupił się na samodyscyplinie i planowaniu. Fiore nie idzie po linii najmniejszego oporu i nie uznaje odkładania działania za przejaw lenistwa, ale dostrzega w nim strategię radzenia sobie z różnymi problemami.
Jedna z jego ciekawszych teorii głosi, że ludzie ambitni odkładają niektóre działania, ponieważ opierają swoją samoocenę na ich [działań] doskonałości, więc kiedy podejrzewają, że czegoś nie będą w stanie zrobić idealnie, to wolą tego nie robić wcale.
Fiore dokładnie opisuje sposoby radzenia sobie z prokrastynacją i są one naprawdę godne polecenia, więc je polecam :-)
Jedyną wadą jego poradnika jest typowo amerykański sposób narracji – powtórki, przykłady z życia różnych ludzi i wszystko, co kryje się pod określeniem lanie wody; gdyby nie to, byłby to poradnik doskonały.
Jego treść utkwiła we mnie tak głęboko, że kiedy w powieści Krystyny Kofty „Pawilon małych drapieżców” znalazłam zdanie rozpoczynające się słowami: „Chwasty, najambitniejsze z roślin”, natychmiast skojarzyłam je z teoriami doktora Fiore. Aczkolwiek było to kojarzenie przeciwieństw, bo Fiore zauważył, że ambicja ogranicza wzrastanie, a Kofta, że jest przyczyną wybujałości.
Swoje [długie] rozważania o chwastach i ambicji zakończyłam myślą, że byłoby dobrze, gdyby nad poziomy wyrastały jednostki wartościowe, a chwasty same się wyplewiły.
Amen [użyte w znaczeniu: niech się stanie].

poniedziałek, 19 października 2009

sztampowa dzianina


Oczka prawe i lewe są podstawowymi elementami każdego ściegu. Oczka prawe to płaskie pionowe pętelki, które układają się w gładką dzianinę o strukturze litery V, a oczka lewe to strona wewnętrzna. Prawa strona jest płaska, a lewa karbowana. Światu pokazujemy stronę prawą; strona lewa, supełkowa i bardziej przytulna, ogrzewa nas i pieści od środka.

- to chyba najlepszy kawałek z powieści Kate Jacobs „Piątkowy Klub Robótek Ręcznych”, którą od najbardziej typowych z typowych romansideł odróżnia tylko jedno – brak typowego happy endu.
Nie brakuje jej natomiast innych elementów charakterystycznych dla tego typu utworów, a jednym z najbardziej charakterystycznych jest chyba to, że bohaterka romansu od rozstania z Tymjedynym żyje w czystości (w sensie: nie uprawia seksu z innymi partnerami), a Tenjedyny wprost przeciwnie.
No nie wiem dlaczego, ale zawsze mnie ten motyw zastanawia.
To pewnie coś oznacza i coś o mnie mówi, ale na razie nie wiem co, więc porzucam ten wątek bez puenty ;-)

Piszę o tej książce nie z powodu jej (anty)walorów literackich, ale dlatego, że muszę sama sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ją przeczytałam ;-)
A było tak. Kumpela, która chciała ode mnie pożyczyć "Jaskinię filozofów" Somozy, przyniosła mi "Piątkowy Klub..." niejako w drodze wymiany i jeśli czegoś w związku z tą sytuacją żałuję, to jedynie faktu, że nie mogę do tej chwili wrócić i zobaczyć swojej miny po ujrzeniu okładki tej książki. Musiała być niezła [ta mina], bo kumpela niepewnie powiedziała: "Jeśli nie chcesz, to ją zabiorę..."
Przez moją głowę błyskawicznie przebiegło skojarzenie, że kumpela zawsze przynosi mi jakąś książkę, kiedy sama chce coś ode mnie pożyczyć [ewidentnie wyznaje zasadę: oko za oko ;-) co samo w sobie jest dość ciekawą obserwacją - zupełnie jakbym zobaczyła fragment lewej strony znanej mi od lat osoby], a zaraz za nim myśl, że miałam korzystać z nadarzających się okazji robienia tego, czego nie miałam w planach, więc...
...skończyło się to przeczytaniem romansidła.

A to bardzo pouczająca lektura.
Zwłaszcza dla kogoś, kto nieustająco ma w planach napisanie czegoś w tym stylu ;-)

Fakt, że kumpela, która nigdy wcześniej nie zaproponowała mi niczego podobnego, pożyczyła mi akurat coś takiego, uznaję za sygnał od Wszechświata - zupełnie jakby wrzasnął: "Weź się w końcu do roboty i to zrób, zamiast o tym pitolić!"


Drogi Wszechświecie, jeśli tak bardzo Ci na tym zależy, to ja bardzo chętnie.
Tylko proszę, dostarcz mi jeszcze parę kilo wolnego czasu...



Nie możesz trzymać robótki na drutach w nieskończoność – przychodzi taki moment, kiedy twój sweter lub inna część garderoby musi zacząć żyć swoim życiem, bez twojego udziału. Cała sztuka polega na tym, żeby przerobić ostatni rządek w taki sposób, aby zdjąć robótkę z drutów i nie pogubić przy tym oczek.

poniedziałek, 5 października 2009

o krok od załamki


Moja koleżanka uwielbia książki Henninga Mankella o Wallanderze i przemocą zmusza mnie do ich czytania. Ostatnio wmusiła we mnie „O krok”.
Wallander z tej powieści czuje się wyjątkowo stary i zmęczony. I wciąż narzeka. Przede wszystkim na to, że Szwecja stała się krajem bezlitosnym i brutalnym [czytając to, ironicznie myślałam: przeprowadź się do Polski].
„O krok” to dobry kryminał, chyba najlepszy z tych kryminałów Mankella, które przeczytałam, ale pesymistyczny.
I jak już go przeczytałam, to dotarło do mnie, jak łatwo jest się poddać takim nastrojom.
Człowiek czyta czyjeś marudzenia o straconym czasie i narzekania na to, że wszystko zmierza w złym kierunku i zaczyna martwić się swoim życiem – upływającym bezpowrotnie czasem i faktem, że będzie żył w coraz czarniejszej rzeczywistości...

A potem – jak to zwykle bywa, znienacka – uświadomiłam sobie, że
ja mam jeszcze mnóstwo czasu.
I jedno skojarzenie walnęło mnie jak obuchem:
Wallander szykuje się do przejścia na emeryturę, a ja, żeby pójść w jego ślady, muszę jeszcze przepracować więcej lat niż żyję.
Porażająca myśl.
Przez minione lata nauczyłam się chodzić, mówić, czytać, pisać; skończyłam podstawówkę, liceum, studia magisterskie i podyplomowe; zdążyłam odbyć pierdylion szkoleń i zdobyć kilka dodatkowych uprawnień zawodowych...
A teraz tyle czasu, ile zajęło mi to wszystko razem, co – każde oddzielnie – kiedy trwało, wydawało się nie mieć końca, mam spędzić w ZAKŁADZIE???
Ło matko!

czwartek, 16 lipca 2009

korygowanie kursu


Zastanawiałam się ostatnio, czy jest jakaś książka, do której wracam szczególnie często i uświadomiłam sobie – z niejakim zdziwieniem – że najregularniej wracam do „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall. A ponieważ jest to książka, którą czyta się i cierpi, to natychmiast zadałam sobie pytanie, co – poza wrodzonym masochizmem – skłania mnie do owych regularnych powrotów.
Przesondowałam najgłębsze pokłady mojej podświadomości i obaliłam kilka hipotez, które mnie do siebie nie przekonały, zanim znalazłam odpowiedź na zadane pytanie. Było warto, bo odpowiedź mnie zaskoczyła – nie tyle swoim sednem, ile faktem, że tak późno mnie oświeciło, iż czytam „Zdążyć przed Panem Bogiem” wtedy, kiedy męczy mnie już pływanie w poprzek nurtu i zaczynam marzyć o płynięciu z prądem, bez zastanawiania się czy płynę w kierunku, który sama wybrałam, czy jestem tylko małą rybką w ławicy i płynę tam, gdzie wszyscy.
Nie wiem, jak działa ten mechanizm, ale wystarczy, że przeczytam książkę Hanny Krall i niemal natychmiast, jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki, zaczynam myśleć innymi kategoriami i działać zgodnie z własnymi zasadami, nie uznając oczekiwań otoczenia za obowiązujące prawo.
[No dobra, przyznam się, to nie działa tak natychmiast, bo najpierw muszę opłakać tamte straszne czasy i straszne doświadczenia ludzi, którzy je przeżyli lub nie zdołali przeżyć.]
Jedno jest pewne, nie należę do ludzi, których pociesza i mobilizuje do aktywności świadomość, że „inni mają/mieli gorzej”, więc w tym przypadku na pewno chodzi o coś innego.
Jeszcze nie wiem o co, ale być może kiedyś się dowiem.

- - - - - - - - -
Kiedy skończyłam pisać powyższy text, otworzyłam książkę na przypadkowej stronie i przeczytałam:
(...)kiedy się dobrze zna śmierć, ma się większą odpowiedzialność za życie.
Wolę tego nie komentować.
- - - - - - - - -


PS
Wiem, rozumiem i uznaję za słuszne to, że w naszym kraju prezentowanie symboli faszystowskich jest karalne wówczas, gdy jest połączone z zachwalaniem zalet nazizmu, ale kiedy widzę reklamę Simplusa, niby nawiązującą do filmu „Okręt”, to myślę, że jej twórcy mają mózgi i moralność ameb.
Czuję się w obowiązku ostrzec wszystkich użytkowników Simplusa, że przesłanie tej reklamy jest nastepujące:
„Masz Simplusa? – Zginiesz!!!”

wtorek, 7 lipca 2009

myśląca trzcina nad myślącym oceanem


„Solaris” Stanisława Lema skutecznie przyciągnęła moją uwagę - nie tylko na czas niezbędny do jej przeczytania, ale także na długie chwile rozmyślań.(*)
Myślę, że nie jest jej potrzebna ani moja rekomendacja, ani jakaś specjalna reklama – dobry towar sprzedaje się sam.
Inni są innego zdania, więc o tej książce piszą, ale ja ograniczę się do opisania przeżyć, których doświadczyłam [mniej więcej w takim sensie, w jakim poligon doświadcza przeprowadzanych na nim ćwiczeń bojowych] po przeczytaniu jednego jej fragmentu – zdania, które bynajmniej nie ma doniosłego znaczenia dla fabuły powieści:
Kiedy z płaskiego dachu Stacji wejdę po trapie, zobaczę na pokładach szeregi biało opancerzonych, masywnych automatów, które nie dzielą z człowiekiem pierworodnego grzechu i są tak niewinne, że wykonują każdy rozkaz, aż do całkowitego zniszczenia siebie lub przeszkody, która stanie im na drodze, jeżeli tak zaprogramowana została ich oscylująca w kryształach pamięć.

Przeczytałam, spojrzałam przed siebie i zogniskowałam wzrok akurat na drewnianym stole.
Pomyślało mi się (bez udziału woli), że zbyt mało uwagi poświęcamy otaczającym nas przedmiotom, a przecież one mają niebagatelny wpływ na jakość naszego życia.
Stół, na który patrzyłam, został wykonany z drzewa, które wyrosło w jakiejś wspólnocie i być może umiało się z tą wspólnotą porozumieć... [kliknij tutaj] [i tutaj]
Kto może mi zagwarantować, że on nie ma żadnego życia wewnętrznego [i nie piszę tutaj o kornikach]?
Kto może mi zagwarantować, że on nie reaguje na bodźce zewnętrzne?
. . .
Tutaj mnie przystopowało, bo uświadomiłam sobie, że przed wykonaniem mojego stołu drzewa zostały pozbawione życia i teraz mogę się z nimi porozumieć w takim samym stopniu, jak z „dawcami materiału” na poniższy świecznik (zdjęcie zrobione w Kutnej Horze):
[ciekawszy materiał - tutaj] [i tutaj]

W przypływie solidarności ludzko-drzewiej zaczęłam planować wnętrza wypełnione meblami wykonanymi ze szkła i metalu [plastiku nie lubię], ale wówczas przypomniałam sobie, że według horoskopu chińskiego urodziłam się w żywiole drzewa i nadmiar metalowych przedmiotów źle by działał na moją chi, więc...
Sorry Winnetou, moja chi jest dla mnie ważniejsza.

Pomimo błyskawicznego ustalenia hierarchii wartości i tak pomarzyłam sobie jeszcze o umiejętności driad – „budowania” domków z żywych roślin, bez łamania gałęzi, wbijania gwoździ i innych barbarzyńskich czynności.

Nie poddawaj się rozpaczy. Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne. [William Shakespeare]




(*) Może się to wydać dziwne, bo „Solaris” naprawdę mi się spodobała, ale rozumiem też Zygmunta Kałużyńskiego, który napisał:
Wspominam mój zawód i irytację, gdy wziąłem się parę lat temu do głośnego Solarisa naszego nieszczęsnego Lema. Zaczyna się od sytuacji sensacyjnej: wyprawy kosmicznej na zdumiewającą planetę z myślącym „Oceanem”, po czym następuje na stu stronach opis nieudanego małżeństwa zakończonego samobójstwem, które wspomina pod wpływem machinacji „Oceanu” uczony Kelvin; okazuje się on właścicielem umysłowości harcerskiej, jeśli idzie o pożycie damsko-męskie, i podobnie naiwni są też jego koledzy, mimo że są to wybitni specjaliści od ichtiologii-brontosaurologii-elektronicznej itp. Niestety, na jednej stronie Tołstoja czy Stendhala, autorów z minionej epoki, jest więcej wiedzy o psychologii małżeństwa niż w całej podobnej bibliotece s-f, która obiecuje nam obraz człowieka przyszłości, lecz nie przekracza mentalności uczniaka.

piątek, 26 czerwca 2009

balonikowa teoria człowieka


Czytając „Opowieści o pilocie Pirxie” zadumałam się nad fragmentem, nad którym – jak sądzę –niewielu czytelników wpada na podobny pomysł ;-) Oddaliłam się – i to dość daleko – od lektury po przeczytaniu zdania (a dokładniej – połowy zdania): „Pirx się stracił” [opowiadanie „Terminus” – tak rewelacyjne, że aż dziw, że cokolwiek zdołało mnie od niego oderwać].
Stracić się...
- Jakież to cudowne określenie!
Tyle, że każdy, kto zechce go użyć, usankcjonuje presupozycję, że poza tymi rzadkimi chwilami, kiedy się tracimy – mamy się.
A co to znaczy?
Moja usłużna wyobraźnia natychmiast wyprodukowała następującą wizję:
Wypełniają nas kolorowe baloniki, które trzymamy na uwięzi dzięki przywiązanym do nich sznureczkom. Kiedy coś nas wytrąci z rytmu rutyny/zaskoczy/zdziwi – wypuszczamy sznureczki i baloniki zaczynają odfruwać. To nas przywołuje do porządku i natychmiast zaczynamy chwytać wypuszczone wcześniej sznureczki.
Czasem któregoś nie udaje się złapać i tracimy przywiązany do niego balonik.
Wtedy stajemy się kimś zupełnie innym.
Co jednak nie znaczy, że stajemy się kimś gorszym (choć i tak się może zdarzyć) – te baloniki zawierają nasze zalety i wady, więc wszystko zależy od tego, któremu balonikowi pozwolimy odfrunąć.
Czasem zdarza się też tak, że łapiemy przelatujący obok balonik, który wcześniej wcale do nas nie należał i to stwarza dodatkowe możliwości (albo komplikacje).

Co ciekawe, każde rozważania na temat konstrukcji człowieka – powyższe również – prowadzą mnie do konkluzji, że dobrze byłoby znać swój stan posiadania, żeby móc się pozbyć tego, co nam nie odpowiada oraz że warto zawsze zachowywać spokój.
Niestety, żadne rozważania na temat konstrukcji człowieka nie doprowadziły mnie jeszcze do konkretnych wskazówek dotyczących tego, jak zachować spokój w każdych okolicznościach.
Ale mam gdzieś poradnik pt. „Potęga cierpliwości” to sobie jeszcze poczytam ;-)



„(...) człowieczeństwo jest to suma naszych defektów, mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym, czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura miedzy ideałami a realizacją (...)”

Opowiadanie „Rozprawa” z „Opowieści o pilocie Pirxie” Stanisława Lema

redukcja cienia (vel zrzucanie balastu)


Dzisiejszy odcinek sponsorują literki: w, i, ę, c.


Mogłabym z czystym sumieniem twierdzić, że w czasach obowiązkowej edukacji szkolnej przeczytałam wszystkie „zadane” lektury, gdyby nie fakt, że nie przeczytałam „Opowieści o pilocie Pirxie” Stanisława Lema.
Nawet próbowałam, ale mnie odrzuciło.
Niby nic się nie stało, bo ostatecznie i tak nie „przerabialiśmy” „Opowieści...” (wakacje zaskoczyły nauczycielkę tak, jak corocznie zima zaskakuje drogowców), uniknęłam więc wertowania bryków i wysłuchiwania streszczeń wygłaszanych przez kolegów – czego trochę żal, bo mogłoby się okazać ciekawym doświadczeniem. (*)
Nie mogłam jednak dłużej żyć z takim wstydliwym balastem ;-) więc w końcu „Opowieści o pilocie Pirxie” przeczytałam. I wcale mnie nie odrzucało. A nawet wprost przeciwnie.
Co pewnie jest kolejnym dowodem na to, że już nie jestem tą samą dziewczynką... Ech.
Z rozpędu nabyłam też „Solaris” i już nie mogę się doczekać przeczytania książki, o której sam autor mówił, że jej nie rozumie.
Swoją drogą, takie stwierdzenie to genialna reklama. Bo przecież w naszej ludzkiej naturze tkwi przekonanie, że jesteśmy wyjątkowi (w sensie osobniczym – tj. każdy tak myśli o sobie, a nie o innych; przy czym niektórzy sądzą, że są wyjątkowo beznadziejni), więc co najmniej połowa czytelników rzuciła się na tę książkę w celu udowodnienia, że oni zrozumieją.
To mi się bezpośrednio kojarzy z „Czarnymi oceanami” Jacka Dukaja. Bo pokażcie mi jedną taką albo jednego takiego, któremu „Czarne oceany” się spodobały i który nie marzył o przeczytaniu pierwszej wersji książki. Tej odrzuconej przez wydawcę, który stwierdził, że nikt jej nie zrozumie.
Ponoć po wprowadzeniu poprawek wydawca nadal twierdził, że „Czarnych oceanów” nie rozumie, ale książka została wydana, więc chyba nie było tak źle.
Na stronie Dukaja można sobie przeczytać odrzucony fragment powieści.


Borze zielony, co ja tu pitolę!
Przecież miałam pisać o bezimiennym (posiadał wszak tylko nazwisko) pilocie Pirxie!


Może następnym razem pójdzie lepiej...?




(*) Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami wspólnymi siłami opowiadaliśmy jednej z koleżanek fabułę „Krzyżaków”, a ona w pewnym momencie przerwała nam pytaniem:
- OK, ale ciągle mówicie, że oni gdzieś pojechali... Czym pojechali? Pociągiem?