czwartek, 23 października 2008

zaspokojona


W październikowo-listopadowym numerze czasopisma „Sens” znalazłam następujące opisy czterech etapów frustracji:


1. Złość – pojawia się przy napotkanej przeszkodzie, ale na tym etapie może być ona motywacją do działania, do zmiany.

2. Regresja – zachowujemy się irracjonalnie, dziecinnie, ale nadal próbujemy pokonać przeszkodę.

3. Obsesja i fiksacja – pozbywamy się nadziei, że racjonalne działanie coś zmieni, uciekamy w myślenie magiczne, by odczarować rzeczywistość.

4. Apatia i wycofanie – tracimy wszelką nadzieję na powodzenie, jest to stan permanentny, który staje się sposobem na życie.



Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej dochodzę do wniosku [czy można „bardziej dochodzić” do czegokolwiek?], że już osiągnęłam 3. etap.
Za kolejny serdecznie dziękuję.
Moje potrzeby w zakresie frustracji już zostały zaspokojone. W pełni.
Z nadmiarem nawet.

Czy Złe Licho słyszało?

ps

(Więcej genialnych dzieł tej samej autorki: TUTAJ)

wtorek, 21 października 2008

(nie)przypadkowy (nie)fart


Nowa Kobieta się nie sprawdziła i została oddana do serwisu na przegląd techniczny. Czy tam jakąś inną reklamację.
Starą Kobietę przepiłam.
Więc [tak, wiem] siedziałam sobie taka wydrążona, pogrążając się w cichej desperacji - przy głośno nastawionej piosence Renaty Przemyk „Samolot rozbił się przed startem” - kiedy znienacka zadzwonił telefon. Nieznany numer. Odebrałam.
-Czy to ja? – zapytano po imieniu.
- Ja. [chociaż...?]
W rewanżu padło imię, które nosi kilka moich znajomych, więc usiłowałam pośpiesznie dopasować głos do osoby. Bezskutecznie. Druga strona musiała mieć podobną trudność, bo ponowiła pytanie – tym razem wymieniając również nazwisko upragnionej rozmówczyni. Zdecydowanie nie moje.
Wyjaśniłam pomyłkę.
W odpowiedzi padło pytanie, którego nie lubię słyszeć od ludzi dzwoniących do mnie przez pomyłkę, a mianowicie:
- A z kim rozmawiam?
Wrrrr. Normalnie odpowiadam na coś takiego niegrzecznie i kończę rozmowę, ale tym razem się – prawie – powstrzymałam i powiedziałam tylko:
- Z kimś innym. Nawet ze słyszenia nie znam osoby o wymienionym nazwisku.
Osoba po drugiej stronie przestrzeni nie zrezygnowała, a ja – nie wiedzieć czemu – nie przerwałam połączenia, co dało nam szansę na rozpoznanie się. Bo – inteligentna jednostka – podała swoje imię i nazwisko, na co ja podałam swoje i... porozmawiałam sobie serdecznie z dawną koleżanką z pracy.
Tuż przed końcem rozmowy powiedziała coś, co zawisło w powietrzu i tak sobie wisi do tej pory, czekając aż przyjmę to do wiadomości.
Powiedziała:
- Fajna taka przypadkowa pomyłka. Chociaż dla chrześcijanina nie istnieje nic takiego jak przypadek...
A ona jest zdeklarowaną chrześcijanką. Prawie fanatyczką.
Jej słowa wciąż mi brzęczą w uszach, bo ostatnio - oprócz tych pechowych - przydarzyło mi się parę dziwnych rzeczy.
Najdziwniejsze są dwa zjawiska:
1. Spodobała mi się fizis Szymona Hołowni, a oprócz niej zaintrygowały mnie jego poglądy na wiarę. Nawet poczytałam sobie jego blog.
Zmianę gustu wyjaśniła mi so-so przypadkową(?) notką więc nie rozmyślałam o niej zbyt długo... ;-)
2. Znalazłam w necie kazania/nauki księdza Pawlukiewicza i on mnie normalnie zafascynował. Zahipnotyzował barwą głosu. Aczkolwiek jest to taki rodzaj fascynacji księdzem, z którego prawdziwa chrześcijanka powinna się chyba wyspowiadać. ;-)
Ale on ma taki głos... Mówię Wam, GŁOS!
Chyba umarłabym w czystości, gdybym go „odkryła” wcześniej, bo tak do mnie „przemawiają” jego wykłady o miłości i czekaniu do nocy poślubnej z seksem...
Chociaż – z drugiej strony - mogłoby też być odwrotnie, bo ten głos działa na mnie...
No, nieważne jak, bo – nawet gdybym chciała - na dożywotnią czystość jest już i tak odrobinę za późno. ;-)

Przypadkowy telefon R. sprawił, że już naprawdę nie wiem czy to wszystko są przypadki.

Może Bóg stęsknił się za zbłąkaną owieczką?

Może przeciwna siła nie chce z tej owieczki zrezygnować?

Może jestem poligonem w odwiecznej walce dobra ze złem?
Pytanie dodatkowe: która strona mi dopieprza, a która gilgocze?

sobota, 18 października 2008

dzisiaj


Pijemy za lepszy czas
za każdy dzień który w życiu trwa
za każde wspomnienie co żyje w nas
niech żyje jeszcze przez chwilę


Ale pamiętamy: przez CHWILĘ!!!


"Urke" Wilki

W trakcie zalewania robaka śpiewamy lekko zmodyfikowaną Filandię:

Nigdy nie będzie takiej jesieni
Nigdy nie będzie takiej jesieni
Nigdy policja nie będzie taka uprzejma
Nigdy papieros nie będzie tak smaczny
A Martini takie zimne i pożywne
Nigdy nie będzie takiej jesieni
Nigdy nie będzie takiej jesieni



"Filandia" Świetliki & Bogusław Linda

A jeśli mimo wszystko, mimo szczęku żelaza nad horyzontem, ten męczący świat nie zniknie do jutra, to jutro będę Nową Kobietą.
Ta Nowa Kobieta pewnie zanuci: „Szalenie delikatna jestem na kacu...
Ale kac minie, a Nowa Kobieta zostanie.

czwartek, 16 października 2008

lub czasopisma


Czytając październikowe „Zwierciadło” (notabene: kupione ze względu na dodatek w postaci książki „Chcę być kochana tak jak CHCĘ”), znalazłam text, który chyba wytnę i w jakąś ramkę oprawię...

Oto fragment rozmowy Aliny Gutek z Barbarą Wójcik opublikowanej pt. „Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna”:




- (...) Bert Hellinger (...) odkrył, co musimy zrobić, abyśmy poczuli się ze sobą pogodzeni. Otóż jest to możliwe wtedy, gdy przestaniemy mieć pretensje do rodziców, a więc przyjmiemy ich takimi, jacy są. A co to tak naprawdę znaczy? Że przyjmiemy dar życia bez zastrzeżeń.

-A jeśli rodzice wyrządzili nam krzywdę?

- Może pomóc myślenie: życie kosztowało mnie więcej, miało wyższą cenę. Ale któż by się targował o życie. Przyjmuję je więc ze wszystkimi warunkami. (...)


zapętliłam




Gregorian "Only You"

środa, 15 października 2008

:-/


Brat mojego taty miał udar i już wiadomo, że nie wróci do pełnej sprawności.
Mama odebrała bardzo nieciekawy wynik mammografii.
Jedna z moich kumpeli miała wypadek.
Drugiej ukradli samochód.
Trzecia jest w szpitalu z dzieckiem, które będzie wkrótce operowane.
Chyba mam złamany palec u nogi – boli od tygodnia, ale dostaję wysypki na myśl o lekarzu.
Znów mi pochlorowali wodę i szczypie mnie skóra.
Mam kolejny napad bezsenności (nie spałam już dwie noce).
Rozdarłam sobie ulubiony płaszczyk.
Szef mnie ostatnio wqrwia tak, jak jeszcze nigdy mnie nie wqrwiał.
Chyba znów złapałam jakąś infekcję.
W bolesny sposób połamałam sobie paznokcie...

QRWA! QRWA! QRWA!

kamyczki


Kumpela, która wie, że nienawidzę tzw. łańcuszków przysłała mi kolejnego esa z groźbą: jeśli nie wyślesz tego do 5 osób to...
Znajomy, który wie, że to doprowadza mnie do szału, zapytał - kiedy (jak sądzę) przestał mu się podobać tok naszej pogawędki - czy mam okres.
I w moim mózgu wreszcie zapaliły się światełka ostrzegawcze:
Czy mnie już do reszty pojebało?
Czy naprawdę chcę mieć do czynienia z kimś, kto doskonale wie czego nie lubię, co mi psuje humor i kto – mimo posiadanej wiedzy – z pełną premedytacją robi mi to, czego organicznie nie znoszę i jeszcze ma z tego ubaw?
Chyba wszystkie mechanizmy obronne mam w rozsypce, skoro wydawało mi się, że lubię ludzi, którzy lekceważą moje uczucia i moim kosztem poprawiają sobie nastrój!
Owszem, dopuszczam myśl, że nie są to żadne ważne sprawy ani też zasadnicze, ale jednak głupio maszerować w świetlaną przyszłość z kamyczkami w butach, bo nawet te najmniejsze obcierają stopy i nie pozwalają cieszyć się widokami. A ja akurat lubię swoje stopy i lubię oglądać widoki, więc... żegnajcie upierdliwe kamyczki! Jeśli będziecie miłe, to może ktoś was jeszcze weźmie do kieszeni...

Dlaczego tak nie lubię łańcuszków?
Bo są podłymi szantażami – ich autorzy i kolporterzy próbują za pomocą gróźb wymusić na ludziach takie zachowania, na które oni wcale nie mają ochoty. Jedni tym szantażom ulegają, inni się opierają, ale z pewnością nikt ich nie lubi.
Sądzę też, że - niezależnie od reakcji ofiary – jakaś cząstka złej energii za takim paskudztwem idzie i przyczepia się do człowieka.
Ha! Może nawet mój obecny niefart, to skutek kumulacji złej energii z tych wszystkich szantaży, które do mnie dotarły i których nie wysłałam dalej w świat? ;-)

Dlaczego nie lubię pytania o to czy mam okres?
Bo kiedy pada w trakcie rozmowy, w której adwersarz nie osiąga celu jaki sobie zamierzył, to jest wyrazem słabości. Rozmówca (najczęściej facet) czuje się czymś zagrożony i próbuje wszelkimi sposobami kobietę umniejszyć - choćby sugerując, że nie ma sensu poświęcać czasu na rozmowę z nią, bo jest kobietą i jako taka czasem miesiączkuje. A ja nie lubię takich żałosnych słabeuszy. I natychmiast robi mi się smutno, że tylu takich platfusów intelektualnych i duchowych spłaszcza mi Wszechświat.