Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metafizyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metafizyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 sierpnia 2010

od kart do kociej synchroniczności przejście raczej niespodziewane ;-)

Moje zainteresowanie słowiańszczyzną sięgnęło tak daleko, że kupiłam sobie „Wyrocznię Słowiańską”, opracowaną przez Lecha Emfazego Stefańskiego i uczę się posługiwania kolejną, po Tarocie, „talią” kart.
Co ciekawe, zaprzyjaźniłam się z tymi kartami z zadziwiającą wprost łatwością, której nie da się uzasadnić tylko tym, że jest ich mniej niż kart Tarota, a co jeszcze ciekawsze – kiedy szukałam opisu jednej z nich w instrukcji, próbując zrozumieć odpowiedź Wyroczni na zadane pytanie – dotarło do mnie, że rozumiem tę odpowiedź bez sprawdzania opisu karty. Zupełnie tak, jakby mi się odezwały w głowie archetypy z mojej słowiańskiej nieświadomości ;-)
I jak tu nie wierzyć Jungowi, że coś takiego istnieje?

A skoro już jestem przy Jungu, to dodam, iż pan Stefański wspomina w swojej książeczce o badaniach Junga i Pauliego nad synchronicznością, które streścił następująco:
„(…) ich teoria głosi, że wydarzeniom pewnego typu z reguły towarzyszą wydarzenia innego typu, całkowicie od tamtych niezależne.”
[zainteresowanych odsyłam np. do textów: 1, 2, 3]

A teraz czajcie akcję, jak mówi nieco młodsze pokolenie ;-)

Postanowiłam adoptować kota. Wirtualnie, bo do długich związków wciąż nie dorosłam i na wieloletnie zobowiązania POZAfinansowe nadal nie jestem gotowa, co sprawia, że odpadam już przy pierwszym punkcie TEJ WYLICZANKI.
Tak więc stanęło na adopcji finansowej, co – jak się okazuje – stanowi miesięcznie wydatek MNIEJSZY niż np. kupno jednej butelki Martini… I pozostawmy to bez komentarza.

Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w Misiu [gdybym była lepsza, to już wkrótce by ze mną mieszkał!]



Misio ma już opiekunkę wirtualną, więc postanowiłam poszukać bardziej samotnego zwierzątka.

Notabene, przy okazji tych poszukiwań, choć wcale nie poświęciłam im wiele czasu, o moich planach dowiedzieli się INNI [skojarzenia z UFO uzasadnione!] i nie obyło się bez dyskusji o potrzebujących powodzianach i głodujących dzieciach z Afryki.
Jak powszechnie wiadomo, kocham ludzi podejmujących takie dyskusje, kiedy chodzi o cudze, a nie ich pieniądze…
Wróćmy zatem do tematu.
Kandydaci do adopcji zostali wybrani i sprawa miała zostać sfinalizowana wieczorem.

A tymczasem…
…pierwszą rzeczą jaką usłyszałam po powrocie do domu było to, że w naszej miniszklarni zamieszkała kotka z pięciorgiem kociaków.
Kociaki są małe i jeszcze ślepe, ale ewidentnie urodziły się gdzieś indziej i zostały przez kocicę przyniesione do nas. A uwierzcie, nie było to łatwe, bo kotka wniosła je do pojemnika z ziemią znajdującego się na wysokości ok. 80 cm i nie zaopatrzonego w żadne schodki, drabinki itepe. Mój ojciec, konstruktor i „budowniczy” tej szklarni, stwierdził mianowicie, że on się nie będzie schylał podczas prac szklarniowych i dlatego poziom szklarniowego gruntu jest na takiej wysokości. A jeśli chodzi o ojca, to faktycznie się nie schyla, bo nowa zabawka znudziła mu się razdwatrzy i np. obecnie rosną tam tylko nieco rachityczne pomidory.
No i – teraz – kociaki ;-)


Warunki na pewno nie są zbyt higieniczne i doprawdy nie wiem, czym się kierowała kotka, wybierając akurat to miejsce, ale na wszelki wypadek wolałam jej stamtąd nie przenosić. Przynajmniej na razie.
Trochę na mnie prycha kiedy ją odwiedzam, ale szybko się uspokaja, widząc, że nie mam niecnych zamiarów. Aczkolwiek moja maamaa liczy na to, że moimi odwiedzinami wkurzę kocicę tak, że się wyprowadzi w spokojniejsze miejsce…
Zobaczymy.
Nie wiem tylko, dlaczego domownicy, którzy o pomyśle z wirtualną adopcją nic nie wiedzieli, automatycznie przyjęli za fakt oczywisty, że te koty oddały się pod moją opiekę i są teraz „moje”, a nie np. moich rodziców.


Co ja zrobię z piątką kociaków?
Czy powinnam zadbać o kastrację tej kotki [podejrzewam, że urodziła małe po raz pierwszy]?
O rany!

niedziela, 2 maja 2010

ulubiony numerek

Na pulpicie Tidżeja mam foto Dougray’a Scotta z wampirzymi kłami. Pewnego dnia bezmyślnie kontemplowałam jego [tego zdjęcia ;-)] urodę, kiedy znienacka przyłapałam się na myśli, pochodzącej znikąd [lub zewsząd], że Scott musi być numerologiczną Trójką. Sprawdziłam jego datę urodzenia i się zdziwiłam. Trójka.

Spojrzałam na odłożoną obok książkę, a była to „Blondynka wśród łowców tęczy” Beaty Pawlikowskiej i zaczęłam się zastanawiać, z jaką wibracją urodziła się Pawlikowska. Przypomniałam sobie „Dżunglę życia” i pomyślałam, że musi być Dwójką. Sprawdziłam. Dwójka, ale pochodząca od Jedenastki, a więc wibracja mistrzowska 11 lub zwyczajna 2 – zależy od wyboru pani Beaty. Sądzę, że w pewnym momencie wybrała 11.

Z panią Beatą - musi mi to wybaczyć ;-) - kojarzy mi się Wojciech Cejrowski, więc skupiłam się na myśli o nim i wyświetliła mi się w mózgu [czy w tym czymś innym, co było wtedy w użyciu] wielka 4. Sprawdziłam. Faktycznie Czwórka.

Trochę mi się zrobiło nieswojo. Ale raz dwa trzy mi przeszło. W tej samej chwili zapragnęłam znaleźć kogoś sławnego [dotąd kojarzyłam tylko Einsteina], kto urodził się z tą samą wibracją, co ja.
33

Tak na marginesie, podobno ludzie uwielbiają brzmienie swoich imion i nazwisk… Mnie to nie dotyczy. Nie obdarzam nieuzasadnioną życzliwością swoich imienniczek ani osób noszących to samo nazwisko, jednak wszystko, co jest opatrzone liczbą/numerem 33 budzi moje pozytywne skojarzenia. NAPRAWDĘ.
Obłęd.
Nie zniechęcają mnie nawet opinie numerologów twierdzących, że osoby urodzone pod wpływem wibracji 33:
żyją w ogromnym napięciu nerwowym, co może doprowadzić do utraty równowagi psychicznej
(…)
będą poddawane wielu życiowym próbom, zmuszone stawiać czoła problemom wszelkiego rodzaju - zarówno materialnym, jak i moralnym.
Chyba naprawdę jestem masochistką.

A wracając do podjętego wyżej wątku, sprawdzałam na chybił trafił daty urodzenia różnych osób i zidentyfikowałam takie oto TrzydziestkiTrójki:

Witold Beliński vel Chrystian Belwit, o którym niedawno pisałam – schizofrenik, bezdomny, poeta, bard.

Robert De Niro – i wszyscy wiedzą o kogo chodzi. Ale chyba nie wszyscy wiedzą, że będąc nastolatkiem porzucił szkołę i wstąpił do ulicznego gangu, doprowadzając swoich bliskich do rozpaczy. Kiedy jednak postawił zostać aktorem, zaskoczył wszystkich determinacją w dążeniu do celu, chociaż początki swojej kariery wspomina tak:
Przez dziesięć lat grałem ogony i tyrałem, by zarobić na szkołę, jedzenie i norę, która służyła mi za mieszkanie. Przy życiu trzymała mnie pewność, że jeszcze wypłynę.

Stieg Larsson – bardzo popularny ostatnio [pośmiertnie] szwedzki dziennikarz i pisarz, znany na całym świecie jako autor cyklu powieści „Millenium”. Przeczytajcie jego biografię, chociażby w Wikipedii, a powiecie – jak ja – WOW.

Po zidentyfikowaniu Larssona jako TrzydziestkiTrójki zaprzestałam dalszych poszukiwań numerologicznych, bo MUSIAŁAM poznać jego twórczość.
Jak to się skończyło opowiem innym razem.
Albo i nie ;-)

niedziela, 22 lutego 2009

a u mnie już lato!

...Szkoda tylko, że wyłącznie w snach. ;-)

Śniło mi się, że poczłapałam do jakiegoś lekarza (ale to nie był żaden znajomy konował) i on mi zrobił badania, na wyniki których musiałam poczekać. Czekałam na nie, chodząc po pięknej zielonej łące, na której kwitły jaskrawożółte mniszki lekarskie, gdzieniegdzie już w postaci dmuchawców. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że błąkam się po okolicach Lumumbowa, aczkolwiek nigdy nie było tam tak pięknie, jak w moim śnie.
Poczułam się tak fantastycznie, że postanowiłam olać te badania i wrócić do domu. I tak sobie szłam, zadowolona z życia na maksa, aż nagle mnie zastanowiło, dlaczego ludzie się tak dziwnie na mnie gapią. Wtedy uświadomiłam sobie, że jedynym moim odzieniem jest... ręcznik – wcale nie taki największy, bo sięgał mi ledwo za tyłek. Przypomniałam sobie, że ciuchy zostały u lekarza, więc wróciłam. Spotkałam go na zewnątrz, bardzo się ucieszył na mój widok...
Ale w tym momencie uświadomiłam sobie, że jesteśmy w miejscu, w którym w rzeczywistości powinien być budynek Wydziału Fizyki i Informatyki Stosowanej. W jego rejonie jest (a przynajmniej kiedyś była) łąka, przez którą studenci uparcie wydeptywali ścieżki, idąc z akademików do BUŁ-y, albo do budynku Wydziału Matematyki i Informatyki.
Obudziłam się ze wspomnieniem związanym z tą łąką. Otóż trawersowałam ją kiedyś, kierując się w stronę ul. Pomorskiej, a z przeciwka szedł chłopak. Było w nim coś takiego, że zatrzymałam się i odwróciłam, zdziwiona tym dziwnym przyciąganiem, a wtedy okazało się, że on też się zatrzymał i odwrócił. Pogapiliśmy się na siebie i... poszliśmy dalej, każde w swoją stronę. Ale to na pewno nie działo się latem – było zimno i oboje byliśmy grubo ubrani. Nie pamiętam absolutnie żadnego szczegółu jego wyglądu, poza tym, że był wysoki i miał na sobie kurtkę z kapturem. To było takie niezwykłe, że ilekroć to sobie przypominam - zastanawiam się czy nie spotkałam wtedy kogoś, kto był dla mnie ważny w jakimś innym wcieleniu. Może nasze dusze się rozpoznały, a my to zlekceważyliśmy...?

Mała rada: jeśli przydarzy Wam się coś takiego, to nie odchodźcie bez słowa, bo lepiej się odrobinę wygłupić i ewentualnie potem tego żałować, niż żałować, że nie zrobiło się absolutnie NIC.

Czy mój sen miał mi to przypomnieć, czy chodziło o coś zupełnie innego?

Najlepiej pamiętam tę piękną żółto-zieloną łąkę...

wtorek, 21 października 2008

(nie)przypadkowy (nie)fart


Nowa Kobieta się nie sprawdziła i została oddana do serwisu na przegląd techniczny. Czy tam jakąś inną reklamację.
Starą Kobietę przepiłam.
Więc [tak, wiem] siedziałam sobie taka wydrążona, pogrążając się w cichej desperacji - przy głośno nastawionej piosence Renaty Przemyk „Samolot rozbił się przed startem” - kiedy znienacka zadzwonił telefon. Nieznany numer. Odebrałam.
-Czy to ja? – zapytano po imieniu.
- Ja. [chociaż...?]
W rewanżu padło imię, które nosi kilka moich znajomych, więc usiłowałam pośpiesznie dopasować głos do osoby. Bezskutecznie. Druga strona musiała mieć podobną trudność, bo ponowiła pytanie – tym razem wymieniając również nazwisko upragnionej rozmówczyni. Zdecydowanie nie moje.
Wyjaśniłam pomyłkę.
W odpowiedzi padło pytanie, którego nie lubię słyszeć od ludzi dzwoniących do mnie przez pomyłkę, a mianowicie:
- A z kim rozmawiam?
Wrrrr. Normalnie odpowiadam na coś takiego niegrzecznie i kończę rozmowę, ale tym razem się – prawie – powstrzymałam i powiedziałam tylko:
- Z kimś innym. Nawet ze słyszenia nie znam osoby o wymienionym nazwisku.
Osoba po drugiej stronie przestrzeni nie zrezygnowała, a ja – nie wiedzieć czemu – nie przerwałam połączenia, co dało nam szansę na rozpoznanie się. Bo – inteligentna jednostka – podała swoje imię i nazwisko, na co ja podałam swoje i... porozmawiałam sobie serdecznie z dawną koleżanką z pracy.
Tuż przed końcem rozmowy powiedziała coś, co zawisło w powietrzu i tak sobie wisi do tej pory, czekając aż przyjmę to do wiadomości.
Powiedziała:
- Fajna taka przypadkowa pomyłka. Chociaż dla chrześcijanina nie istnieje nic takiego jak przypadek...
A ona jest zdeklarowaną chrześcijanką. Prawie fanatyczką.
Jej słowa wciąż mi brzęczą w uszach, bo ostatnio - oprócz tych pechowych - przydarzyło mi się parę dziwnych rzeczy.
Najdziwniejsze są dwa zjawiska:
1. Spodobała mi się fizis Szymona Hołowni, a oprócz niej zaintrygowały mnie jego poglądy na wiarę. Nawet poczytałam sobie jego blog.
Zmianę gustu wyjaśniła mi so-so przypadkową(?) notką więc nie rozmyślałam o niej zbyt długo... ;-)
2. Znalazłam w necie kazania/nauki księdza Pawlukiewicza i on mnie normalnie zafascynował. Zahipnotyzował barwą głosu. Aczkolwiek jest to taki rodzaj fascynacji księdzem, z którego prawdziwa chrześcijanka powinna się chyba wyspowiadać. ;-)
Ale on ma taki głos... Mówię Wam, GŁOS!
Chyba umarłabym w czystości, gdybym go „odkryła” wcześniej, bo tak do mnie „przemawiają” jego wykłady o miłości i czekaniu do nocy poślubnej z seksem...
Chociaż – z drugiej strony - mogłoby też być odwrotnie, bo ten głos działa na mnie...
No, nieważne jak, bo – nawet gdybym chciała - na dożywotnią czystość jest już i tak odrobinę za późno. ;-)

Przypadkowy telefon R. sprawił, że już naprawdę nie wiem czy to wszystko są przypadki.

Może Bóg stęsknił się za zbłąkaną owieczką?

Może przeciwna siła nie chce z tej owieczki zrezygnować?

Może jestem poligonem w odwiecznej walce dobra ze złem?
Pytanie dodatkowe: która strona mi dopieprza, a która gilgocze?

piątek, 4 lipca 2008

jest szowinista bosy, są samochody i biżuteria, ale nie ma puenty...


Chodzi po tym świecie jeden męski szowinista, który niemal zawsze kiedy mówi o kobietach to strasznie mnie wqrwia. A mimo to bardzo go szanuję i chyba mogłabym naprawdę polubić. Myślę, że bez trudu zgadniecie o kim piszę, kiedy dodam, że najczęściej chodzi po tym świecie boso.
Tak, to Wojciech Cejrowski.
Uwielbiam jego programy podróżnicze, bo pokazuje PRAWDZIWE życie w miejscach, o których opowiada. Lubię też jego programy – powiedzmy – publicystyczne, bo najczęściej prezentuje w nich tak zdrowy rozsądek, że tylko brawo bić na stojąco.
Ostatnio staram się oglądać „Po mojemu” w TVN Style (trochę mi nie wychodzi i oglądam nieregularnie) i po każdym obejrzanym odcinku nieodmiennie stwierdzam, że zgadzam się z nim w większości kwestii, które poruszył. No i łączą mnie z nim pewne upodobania - np. obydwoje jeździmy starymi oplami i lubimy pierścionki na palcach ;-)

A propos starych opli, informacja dla neutera, który chyba takich nie lubi: mój opel nie dość, że jest stary, to jeszcze klepany („postawiłam” go kiedyś na dachu). Więc (tak, wiem) jestem jedną z tych okropnych ludzi, którzy klepanymi oplami popylają 120 na godzinę i narzekają na stan polskich dróg... I nie przeproszę! Drogi mamy kiepskie, ograniczenia prędkości są często bezsensowne, a jeżdżę klepanym autem, bo jak - po wypadku - wszyscy radzili, żeby je sprzedać, to oznajmiłam, że w życiu nie sprzedałabym samochodu, którym sama bałabym się jeździć.

A wracając do Cejrowskiego, informacją o pierścionkach zostałam zaskoczona podczas dzisiejszej emisji (powtórki?) „Po mojemu” – a zaskoczona zostałam dlatego, że dotychczas jakoś nie utkwił mi w pamięci widok upierścienionych rąk pana Wojtka. Wszystko szybko się wyjaśniło, bo oznajmił, że po ulicach tak nie chodzi...
A ja mogę! Kobieta z pierścionkami nie zwraca tak ludzkiej uwagi jak podobnie przystrojony facet ;-)

Niedawno absolutnie znienacka otrzymałam kasę za tekst napisany NIE w celach zarobkowych (pierwszy raz w życiu zarobiłam w ten sposób!) – a niespodziewanie zarobione pieniądze upłynniam natychmiast, w myśl zasady: łatwo przyszło, łatwo poszło. Tych akurat było niewiele, ale wystarczyło na fajny srebrny pierścionek z dużą i fantastycznie oszlifowaną prostokątną cyrkonią. Pierścionek jest ciężki, ale bardzo lubię mieć go na wskazującym palcu prawej ręki kiedy piszę na komputerze.
I Cejrowski też oznajmił, że lubi mieć na palcach pierścionki podczas pisania...
Może zatem jest ziarnko prawdy w twierdzeniach różnych bioenergoterapeutów, że zakładanie pierścionków na konkretne palce wpływa jakoś na funkcjonowanie człowieka?

Ciekawostka:
W ubiegłym roku, też na początku lata, poczułam nieodpartą POTRZEBĘ (naprawdę aż tak!) posiadania obrączki do noszenia na kciuku. Byłam wtedy w domu, więc zebrałam się i specjalnie w tym celu poszłam na zakupy. A zwyczajną „półokrągłą” obrączkę kupiłam dopiero po długich poszukiwaniach u kilku jubilerów.
Od tamtej pory, czyli od roku, nie wyszłam z domu bez niej ani razu.
I - dziwna rzecz - nikt mnie o nią nigdy nie zapytał ani nie skomentował faktu, że wciąż ją noszę. Nawet moja mama.

Jeśli ktoś zna się na oddziaływaniach pierścionków, to niech się swoją wiedzą podzieli – czekam z niecierpliwością :-)
Mnie przypomina się tylko fragment wierszyka, w którym były – jak mi się zdaje – następujące słowa:
palec wskazujący – kupcy
kciuk – głupcy

;-)

sobota, 19 kwietnia 2008

bezgraniczne zapatrzenie?


Nie chwaliłam się jeszcze ;-) ale w realnym życiu mam prawdziwą fankę. Kogoś dla kogo jestem wzorem do naśladowania i w ogóle IDEAŁEM.
Trwa to od dzieciństwa. Dziewczyna jest ode mnie parę lat młodsza i jest moją sąsiadką. Miała przechlapane w dzieciństwie, bo rodzina nadmiernie się nad nią trzęsła i nie pozwalała jej na zabawy z dzieciakami. Skutek był taki, że okoliczna dzieciarnia czasem jej dokuczała. Ja – ofkors – nigdy tego nie robiłam, bo nigdy nie dokuczałam słabszym (pod jakimkolwiek względem). Nie znaczy to jednak, że byłam taka Julita z powieści Kowalewskiej (kto czytał, ten wie, a kto nie czytał, niech przeczyta), ale przynajmniej zawsze mówiłam jej „cześć” i pożyczałam książki.
Pewnego dnia, kiedy już byłam w liceum, jej mama opowiedziała mojej mamie o tym, jak jej córka jest mną zafascynowana – np. głównym kryterium wyboru liceum było dla niej to, że ja tam chodziłam...
Poczułam się trochę dziwnie. Ale szybko mi przeszło ;-)
Potem te opowieści jeszcze się powtarzały, ale już nie robiły na mnie żadnego wrażenia.

A teraz z innej beczki.
Kilka dni temu, myjąc się rano, poczułam, że nasza woda jakoś intensywniej śmierdzi chlorem. Potem jedna pani powiedziała mi, że nareszcie nabrałam kolorków (normalnie jestem blada i lubię ten stan), co mnie trochę zdziwiło. Ale wyjaśniło się po powrocie do domu i spojrzeniu w lustro – moja skóra zareagowała podrażnieniem na nowy skład wody.
Od tamtej pory myję się wodą mineralną (jeśli myślicie, że to wygodne, to sami spróbujcie!!!) i moja skóra wygląda już w miarę normalnie.
Zatelefonowałam oczywiście do tzw. wodociągów i zapytałam o ten atak chemiczny, ale teraz żałuję, bo mi powiedzieli, że w jednej z trzech próbek wody sanepid znalazł bakterie...
Boję się trochę, bo używałam tej wody do mycia zębów i parzenia herbaty.
A Wy co byście woleli: uczulenie czy bakterie?
Jeśli jest na sali fachowiec, to niech mi powie: co mam teraz zrobić?
Gdybyśmy byli w USA, to chyba wytoczyłabym proces o jakieś milionowe odszkodowanie, a u nas co? Mogę sobie... pogwizdać.

Wybrałam się dzisiaj po nowy zapas mineralnej do mycia i zapytałam znajomą ze spożywczego czy nikt więcej się nie skarżył (facet z wodociągów powiedział, że tylko ja mam taki problem i nie było innych skarg) albo czy nie zauważyła innych klientów z reakcją atopową na twarzy. Powiedziała, że widziała tylko jedną taką osobę...


Tak. To była ta dziewczyna, która chciała/chce mieć wszystko takie, jak ja.


Uważajcie, Wasze marzenia też mogą się spełnić!

czwartek, 10 kwietnia 2008

zagadka wędrowca


Kiedy zobaczyłam tę figurkę:


coś pożądliwie we mnie jęknęło:
- Chcę ją mieć!
Drugie coś zapytało:
- Dlaczego?
I usłyszało:
- Bo to symbol.
- Symbol czego?
Niestety, ostatnie pytanie pozostało bez odpowiedzi - ingerencja świata zewnętrznego skutecznie przerwała przytoczony dialog wewnętrzny w najciekawszym momencie.
Mimo wszystko figurkę kupiłam, chociaż generalnie nie lubię niczego, co można określić mianem „bibelot”.
Stoi teraz na biurku i... niepokoi mnie.
Wciąż nie mogę sobie przypomnieć/uświadomić co symbolizuje. Wiem, że znam odpowiedź i czuję się mniej więcej tak jak wtedy, kiedy mam coś „na końcu języka” i nie mogę tego wyartykułować. Nie jest to sytuacja komfortowa. Oj, nie jest.
Patrzę na nią i widzę Buddę.
Patrzę na nią i widzę Głupca z karty Tarota.
Budda symbolizuje ostateczne oświecenie, Głupiec - początkową niewiedzę. A co oznacza moja figurka? Czy z poziomu Głupca wznoszę się na poziom Buddy, czy z poziomu Buddy SPADAM?
Kiedy na moją figurkę patrzę, uświadamiam sobie (przypominam?), że mam tyle lat, ile kiedyś dałam sobie na odszukanie własnej drogi w życiu. Postanowiłam wtedy, że jeśli do tego czasu moje życie nie zacznie mi się NAPRAWDĘ podobać, jeśli nie zacznę czuć się dobrze na tej Planecie, to... poszukam sobie innej. Metodą Małego Księcia. Aczkolwiek niekoniecznie z pomocą żmii.
O swoim postanowieniu zdążyłam już zapomnieć i pewnie bym sobie nie przypomniała, gdyby nie ta figurka... Czy jest darem od Anioła Stróża, czy od jakiegoś demona, który ma frajdę, patrząc jak się biję z myślami?
Mój wędrowiec jest uśmiechnięty, ale czy jest to uśmiech kogoś, kto ma pewność, że kroczy we właściwym kierunku i zbliża się do celu, czy jest to uśmiech idioty, który nie zdaje sobie sprawy z własnej sytuacji?
Jeśli jest wygnańcem, bez swojego miejsca na ziemi, to z czego się cieszy?
Jeśli jest wędrowcem zmierzającym do konkretnego celu – co niesie w swoim tobołku?
A jaki jest mój bagaż?
Dlaczego „dostałam” te figurkę na rok przed OSTATECZNYM TERMINEM?
Gdyby przedstawić moje zadowolenie z życia na wykresie, to wyszłaby chyba sinusoida, a zatem: na co mam przeznaczyć te miesiące do kolejnych urodzin? Na pogodzenie się z faktem, że mi się nie udało czy na zrozumienie, że JEST DOBRZE?
A może ta figurka jest symbolem ZEN – każe doświadczać wszystkiego, do niczego się nie przywiązywać i wszystko porzucać bez żalu?
Może Wszechświat chce mi powiedzieć, że przeszłość nie ma znaczenia, że to ja decyduję dokąd idę i co ze sobą zabieram oraz że zawsze mogę wszystko zacząć od zera – notabene, karta Głupiec ma w talii Tarota numer zero – bez oglądania się na to, co kiedyś wymyśliła mała zwariowana dziewczynka?
Nie wiem.
A mój wędrowiec milczy i cieszy się jak dziecko ze zrobionego komuś psikusa.


poniedziałek, 25 lutego 2008

ratunku! nie potrafię!


Lubię medytacje OSHO, ale z jedną nie daję rady.
Jest opisana TUTAJ.

Ostrzegam, że czytanie dalej bez poznania clou wspomnianej medytacji jest bez sensu.


Odcinam się od wielu różnych relacji z zadziwiającą łatwością, ale wymiękam przy jednej – nie potrafię się odciąć od bycia siostrą mojego brata.
Nie jesteśmy bliźniętami, nie mieszkamy razem, widujemy się niespecjalnie często (nie znoszę jego żony), znam mnóstwo jego wad...
Dlaczego nie umiem odciąć się od tej relacji?
Czy ona jakoś mnie określa?
Co jest w niej takie ważne?

Każde inne odcięcie potrafię sobie jakoś „zracjonalizować”. Na przykład w odcięciu się od bycia córką moich rodziców pomaga mi poezja Khalila Gibrana:

Wasze dzieci nie są waszą własnością;
są synami i córkami samej mocy życia.
Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami.
Mieszkają z wami, a mimo wszystko do was nie należą:
Możecie dać im swą miłość, lecz nie wasze idee
ponieważ one mają swoje idee.
Możecie dać dom ich ciałom,
ale nie ich duszom, ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości,
którego wy nie możecie odwiedzać
nawet w waszych snach.
Możecie wysilać się, by dotrzymać im kroku,
ale nie żądać, by byli podobni do was,
ponieważ Życie się nie cofa,
ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym.
Wy jesteście jak łuk, z którego wasze dzieci,
jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód;
Strzelec mierzy do celu na szlaku nieskończoności
i trzyma cięciwę napiętą całą swą mocą,
żeby strzały mogły poszybować szybko i daleko.



Na zdrowy babski rozum, odcięcie się od relacji brat-siostra powinno być analogiczne jak to od relacji córka-rodzice... A jakoś nie jest.
hmmm...
A może lepiej: Ommm?