środa, 9 stycznia 2008

kradzież tożsamości - to boli!


Jakaś mało kreatywna lama (określenie >>lama<< zastępuje tutaj dużo innych ciekawszych określeń), która nie potrafi sobie sama wymyślić nicka, UKRADŁA mój!
I teraz lata po necie jakaś łajza i się podpisuje MOIM nickiem.
A ja czuję się tak, jakby mi coś zabrała - coś cennego i lubianego...
Oooo! Na to powinien być jakiś paragraf!
I kara dożywocia bez netu. Co najmniej.

Jeśli ktoś tę osobę spotka, to niech jej ode mnie przekaże... takie różne wyrazy.
Opuszczane zazwyczaj w słownikach.

wtorek, 8 stycznia 2008

komunikat



Nic się nie stało :-)

poniedziałek, 7 stycznia 2008

zgubne skutki nocnych opadów śniegu


Padający śnieg działa na mnie źle nawet kiedy śpię. Albo raczej: usiłuję spać; bo śniły mi się takie historyjki, że budziłam się co jakiś czas, zadziwiona kreatywnością mojego mózgu. A im śniegu było więcej, tym bliżej moim snom było do horroru. Zależność wprost proporcjonalna...

Pamiętam 3 jednoaktówki.

W pierwszej umówiłam się z jakąś panią i nie wiedzieć czemu wydaje mi się, że to miała być stylistka, która miała poprawić mój wizerunek. Spotkałam się z nią gdzieś, gdzie obie dojechałyśmy samochodami, ale stwierdziłyśmy, że będzie lepiej, kiedy podjedziemy do jej pracowni. Tam się okazało, że już dość długo czekają na nią dwie inne klientki i to one zostaną przyjęte w pierwszej kolejności. Ja byłam przekonana, że skoro jestem umówiona, to nie powinnam czekać, więc na wiadomość, że jednak mam poczekać, wstałam, pierdolnęłam drzwiami i poszłam w cholerę.
Budząc się przy okazji.

Druga historyjka przypomina mi się jakoś mało szczegółowo. W każdym bądź razie chodziło o to, że pojechałam gdzieś samochodem, zaparkowałam, poszłam gdzieś na pięć minut, a jak wróciłam, to już nie zastałam samochodu. Dziwne to było o tyle, że był to samochód mojego taty, a kiedy ktoś (policjant?) pytał mnie o jego numer rejestracyjny, to odpowiedziałam, że nie pamiętam nawet rejestracji swojego auta.
Obudziłam się, kiedy tak intensywnie przypominałam sobie tablice mojego autka, że aż zobaczyłam jedną ze wszystkimi szczegółami.
Ale już wtedy nie spałam.

W trzecim śnie szłam sobie alejką wśród śpiewających zielonych drzew i szumiących liśćmi ptaków... albo jakoś tak. W każdym razie świeciło słoneczko, byłam w kusej powiewającej niebieskiej spódniczce oraz w zielonej koszulce (na ramiączka, jakby ktoś pytał) – notabene, nie mam takich ciuchów – i szłam sobie absolutnie zadowolona z życia, machając torebeczką. Znikąd pojawił się jakiś lowelas i zaczął mi prawić komplementy. W pierwszej chwili trochę zwolniłam, bo pomyślałam, że chce mnie o coś zapytać, a potem zatrzymałam się jeszcze raz, próbując go spławić. Kiedy doszliśmy do ulicy, tuż przede mną przeleciało ogromne stalowe coś, co wyglądało jak monstrualnych rozmiarów... wiertło i co z pewnością rozmazałoby mnie po asfalcie, gdybym szła odrobinę szybciej. W wyśnionej sytuacji poczułam tylko powiew wywołany toczeniem się tego czegoś. Rozejrzałam się, chcąc podziękować mojemu towarzyszowi za to, że mnie zatrzymał, ale on ZNIKNĄŁ. Pomyślałam, z charakterystyczną dla snu logiką, że to z pewnością był mój Anioł Stróż i poczułam odrobinę wyrzutów sumienia, że trochę się na niego wkurzyłam, kiedy mnie zaczepiał.
Patrząc na pogniecione przez to quasi-wiertło samochody, ucieszyłam się, że mój samochód tam nie stoi, bo przecież mi go ukradli i odczułam idiotyczność tej myśli tak intensywnie, że aż się obudziłam.

Doprawdy, warto było pójść spać przed północą... Pfff!



ps
Gdyby tutaj przez dłuższy czas nic się nie działo i było pusto jak w grobie po ekshumacji, to nie dlatego, że jakieś wiertło rozmazało mnie po asfalcie, ale dlatego, że mogę mieć problemy techniczne.
Mój komp odpalał się z prędkością równą tej, którą osiąga martwy ślimak na zakrętach, więc odpaliłam program czyszczący rejestr. Znalazł 274 błędne wpisy. No to – bez sprawdzania szczegółów – kazałam mu usunąć wszystkie. A potem pomyślałam, że przy takiej ilości błędów mógł coś opuścić i zapuściłam skaner jeszcze raz. Znalazł jeszcze 77 błędów – usunęłam wszystkie bez namysłu. A kiedy kazałam przeskanować rejestr jeszcze raz i znalazł się tylko jeden błędny wpis – sprawdziłam go i okazało się, że słusznie został wskazany. Usunęłam bez litości.

A teraz można przyjmować zakłady, co się stanie, kiedy zrestartuję system ;-)

ha!


Jedna z moich koleżanek studiowała chemię i fizykę, więc trochę ją pomęczyłam i już wiem, że moje ciało nie wymienia elektronów na prawo i lewo z czym popadnie. Uff! Ale to wcale nie znaczy, że moje elektrony zostaną ze mną na zawsze, bo mogą się zamienić miejscami z innymi elektronami np. kiedy dotknę naelektryzowanych ubrań lub innych przedmiotów.
Czy to nie dziwne? – Być może składam się z fragmentów wszystkich naelektryzowanych rajstop, klamek, spodni, bluzek itede, z którymi się zetknęłam.
A co, jeśli pewnego dnia spojrzę w lustro i zobaczę CYBORGA?

piątek, 4 stycznia 2008

postanowiłam! howgh!


Specjaliści od ludzkiej natury twierdzą, że jeśli człowiek naprawdę chce coś zrealizować/osiągnąć, to przystępuje do działania od razu, nie czekając na jakiś specjalny dzień, szczególną datę czy co tam jeszcze wymyśli. Jeśli jest inaczej, to szanse na powodzenie maleją.
Czy ta wiedza przeszkadza w podejmowaniu postanowień noworocznych?
Mnie nie przeszkodziła ;-)
Korzystając z tego, że szczególny dzień (mimochodem) nadszedł, postanowiłam go uhonorować jakimś specjalnym postanowieniem. No i postanowiłam, że w tym roku dowiem się, co to właściwie jest ten prąd (elektryczny) i skąd się bierze. Oczywiście wiem, że po tych drutach z elektrowni płyną ładunki elektryczne, ale szczegółów za cholerę nie rozumiem. Na razie. Brak tej wiedzy uniemożliwia mi zrozumienie pomysłów wykorzystania energii płynącej z ludzkiego ciała, a to... boli ;-)
Podjęcie tylko jednego postanowienia noworocznego, to pójście na łatwiznę (jak sikanie z wiatrem) ;-) zatem mam jeszcze jedno: chcę się w końcu dowiedzieć czy między dwoma odrębnymi ale stykającymi się fragmentami materii następuje wymiana jakichś elementów np. elektronów, a w szczególności czy ciało ludzkie wymienia elektrony z jakimiś przedmiotami, których człowiek dotyka.

Jeśli ktoś może mi to wszystko jakoś przystępnie wytłumaczyć, albo chociaż podpowiedzieć, gdzie znajdę niezbędne informacje, to bardzo proszę.

poniedziałek, 31 grudnia 2007

znudziło Ci się życie?



Przyślij mi pierdylion piątego esemesa z tekstem:

"Dziewczyno! W Sylwestra pijemy za zdrowie facetów, którzy nas zdobyli, kolesi, którzy nas stracili, debili, którzy nas rzucili i farciarzy, którzy nas poznają.
Wyślij to do 5 dziewczyn a jutro czeka Cię szok!"




A wszystkim zadowolonym z życia
życzę
RADOSNEGO, ROZHASANEGO SYLWESTRA.

Do siego roku!

sobota, 29 grudnia 2007

krwawe żądze


Podoba mi się piosenka Katie Melua:

If You Were A Sailboat

Kiedy słyszałam ją po raz pierwszy, to przy słowach:
If you’re a piece of wood I’d nail you to the floor
(gdybyś był kawałkiem drewna, to przybiłabym cię do podłogi)
zaczęłam się zastanawiać, ilu ludziom zdarza się poczuć to, co ja czasem czuję. Ilu miewa ochotę, żeby ugryźć albo wbić paznokcie w osobę którą darzą (przynajmniej w danym momencie) uczuciem zbliżonym do miłości.
Łapy w górę, kto tak ma?
Trochę mnie to pragnienie intryguje, bo nie w nim nic ze złości ani z chęci skrzywdzenia kogoś. Wydaje mi się, że to bardziej pragnienie jeszcze większej bliskości albo jakiś atawizm – coś jak bratanie się poprzez zmieszanie krwi...
hehehe
Może będę wiedziała więcej, jeśli kiedyś ulegnę pokusie? W końcu uleganie to najlepszy sposób na pokusy ;-)
O dziwo, kiedy kiedyś powiedziałam osobie, którą akurat miałam ochotę ugryźć, na co mam ochotę i w odpowiedzi usłyszałam: „Gryź!”, to natychmiast mi się odechciało. Moja nadaktywna wyobraźnia pokazała mi moją buźkę umazaną krwią i to wystarczyło...
Ale nie przeszło mi na zawsze :-)
I jeszcze jedna ciekawostka: do mojego dziadka przybłąkał się kiedyś kot, który w chwilach największego zadowolenia z pieszczot wbijał pazury w to, na czym akurat przebywał i było mu obojętne, czy to była poduszka czy czyjeś kolana.
Pamiętam go do dzisiaj :-)